Mechata

Mechata

wtorek, 19 listopad 2013 09:52

Stringi ze złota i cierniowa korona

 

Oj dawno mnie tutaj nie było, bo praca zgnębiła i życie dopiekło. Czasu brak, a głowa pełna myśli i pytań, które wreszcie doczekały się swoich pięciu minut przy klawiaturze...

Obecnie przygotowuję się do ślubu (a tak, mój luby się określił, ja entuzjastycznie się zgodziłam i zaczęliśmy ten paranoiczny taniec z władzami kościoła, na który decydują się młodzi i zakochani idealiści), który przyczynił się już teraz do licznych stresów u mnie i u narzeczonego. Myśleliśmy naiwnie że to prosta sprawa, że "po kosztach" polecimy i zrobimy sobie skromny obiadek dla najbliższych, a dla przyjaciół na drugi dzień ognisko z kiełbaskami i kaszanką. Mieliśmy pomysł na oszczędność, poprosiliśmy znajomych żeby zamiast prezentów i badyli flaszkę przynieśli na imprezę (głupia wódka potrafi strasznie przenicować kieszenie), zamiast sali wypasionej remizę za 200 zł wynajęliśmy, zamiast strojenia kościoła i sali postanowiliśmy pożyczyć od kolegi serducha z organzy na brystolu, żeby je najzwyczajniej w świecie powiesić za krzesłami dla młodych, a zaproszenia sami projektujemy i wycinamy, tak żeby nawet to 100 zł zredukować do 20 zł. Wszystko cacy, oszczędność nasza rośnie do epickich rozmiarów, wszyscy pozytywnie zaskoczeni pomysłem na ognisko....i tylko jedna osoba patrzy na nas krzywo.

Kiedy postanowiliśmy się zainteresować bardziej merytorycznie całą ceremonią zaślubin okazało się, że nie jest to już taka prosta do cięć kosztów sprawa. Są jednak rzeczy, za które trzeba słono zapłacić, żeby nie stracić przypadkiem nawet na chwilę świadomości, jak ważną i CENNĄ ceremonię mamy przed sobą. Kto to przeszedł, już dobrze rozumie, co mam na myśli. Otóż ksiądz za samo wywieszenie kartki wyrwanej z zeszyty i wypisanej odręcznie niemalże na kolanie, bierze jakieś 150-200 zł. To sławetne "zapowiedzi", które są warunkiem koniecznym, żeby móc wziąć ślub. Kolejne koszta to opłata dla księdza za zaszczyt udzielenia przez niego ślubu, który to kosztuje około 700-800 zł (wiem, że w każdej miejscowości jest nieco inaczej, ale w mojej tak właśnie plasują się te ceny). Kościelny też swoją dolę ma dostać, czyli jakieś 100-150 zł, bo przecież zapalenie świateł w kościele i obejście wszystkich uczestników z koszyczkiem na ofiary to ciężka i niewdzięczna praca! Jeszcze jeden koszt, o którym nie można zapomnieć to opłata dla organisty, który swoim rzewnym pianiem będzie skutecznie odstraszać wrony z dzwonnicy i nieproszonych uczestników uroczystości (potencjalnych absztyfikantów panny młodej, lub fanek pana młodego). To kolejne 100 zł, które wyszarpać sobie należy ze swojej krwawicy, bo takie są reguły tej gry. Kasa idzie więc do księżej kieszeni całkiem konkretna, a my z duszą na ramieniu wypatrujemy kolejnych kosztów. Aż korci człowieka, żeby palnąć że przecież papież prosił i apelował, żeby za sakramenty nie pobierać opłat, bo to przecież kościół jest dla człowieka, a nie na odwrót. Aż kusi żeby nagrać dziada na dyktafon, jak odpowiada na taki pomysł i jak się odnosi do słów swojego głównego przełożonego (którego słowa powinny być dla niego świętością).

Niesmak i rozgoryczenie - oto co czują przyszli małżonkowie, zamiast radości i ekscytacji, że już wkrótce przed nimi niezapomniane ( i jedne z najważniejszych w życiu ) chwile. Ksiądz zaciera rączki, bo kasa konkretna za godzinkę zwykłej roboty, a młodzi skubią złotówki żeby uzbierać na coś, co im się należy za darmo. Chcąc uniknąć takiego czyszczenia kieszeni postanowiliśmy więc z narzeczonym przenieść ceremonię do pobliskiego klasztoru, w którym braciszkowie biorą "co łaska", a jeżeli Młodych nie stać nawet na tyle, to z radością udzielą sakramentu za darmo, bo to dla nich radość, że ktoś chce żyć "po bożemu", zgodnie z zasadami swojej wiary. Niestety proboszczowi z rodzimej parafii to nie w smak, więc i tak trzeba mu będzie zabulić za zapowiedzi (przypominam 200 zł za kartkę wyrwaną z zeszytu, powieszoną na tablicy przed kościołem) i za pozwolenie na ceremonię poza rodzimą parafią (kolejna kartka za jakieś 300 zł). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pan ksiądz nie musi się spowiadać ze swoich zarobków ani swoim przełożonym, ani pracownikom urzędu podatkowego, ponieważ to przecież kwoty "co łaska", nie ma on obowiązku prowadzenia kasy fiskalnej i nie obowiązują go też stałe opłaty, które byłyby takie same w całej Polsce. Tak więc szlag mnie trafia, bo ksiądz proboszcz jeździ landroverem (czy jak się tam nazywa to wielgachne, błyszczące cacuszko którym się rozbija po naszym miasteczku), na szyi nosi złoty łańcuch grubości obroży dla pitbula, a na nosie letnią porą pysznią mu się ciemne okulary z dyskretnym znaczkiem CK na oprawce. A my z narzeczonym? najczęściej chodzimy na nogach, bo auto to stary polonez w moim wieku, który wiecznie się psuje, nasz ulubiony butik to magazyn odzieży używanej a biżuteria to ten pierścionek zaręczynowy, którego koszt to jedno ogniwo w łańcuchu księdza.

Żalić się mogłabym jeszcze długo, ale wiem że nie ma sensu, bo to stary jak nasza wiara system, który mia więcej fanatycznych zwolenników niż rozsądnych przeciwników. Wiem również, że w momencie kiedy spróbuję stawić temu opór i głośno zaprotestuję przeciw płaceniu za swoją wiarę haraczu, to cała masa moherów i czarnych pognębi mnie i przeklnie, bo przecież "kościół za coś musi się utrzymywać", a jeżeli chcę brać ślub, to muszę za to zapłacić. Narzeczony blednie coraz bardziej, a mi skacze ciśnienie krwi, dzięki czemu wyglądamy już jak nasza narodowa flaga, pod którą dzieją się takie dziwy i cuda, że nawet papieżowi Franciszkowi się nie śniły podobne.

O kolejnych przeszkodach i przeżyciach, które spotykają przyszłych Państwa Młodych, będę pisać na bieżąco.

 

wtorek, 23 lipiec 2013 08:22

Wyklęta Wrona

 

Wszyscy wiedzą, że kiedy jesteś między wronami to powinieneś krakać tak jak one. Ostatnio jednak zrobiło się głośno o pewnej wronie, która napaskudziała we własnym gnieździe i teraz pozostałe ptaszyska najchętniej by ją zadziobały. Mowa tutaj o księdzu L., który ośmielił się sprzeciwić własnym szefom i głośno popierał nauki najnowszego ojca świętego. „Ale jak to?!”zapytacie pewnie, i to bardzo słusznie. W końcu Franciszek I jest na samym szczycie piramidy i każdy powinien się z nim zgadzać! Okazuje się jednak, że papież sam w sobie jest zbyt potężną wroną, żeby go tak sobie strącić – lepiej go ignorować i udawać, że się nie słyszy tego co mówi gdzieś tam, w odległym Watykanie. Za to rodzima wrona, paskudząca nam pod samym nosem, jest już łatwiejszym celem. Ksiądz L. Należy do tych nielicznych przedstawicieli swojej profesji, którzy cieszą się wśród ludzi szacunkiem i sympatią, budując tym samym pozytywny wizerunek kościoła. Niestety jego przełożeni bardziej się boją utraty władzy nad zahukanym tłumem niż nienawiści ludu do kleru.

piątek, 28 czerwiec 2013 14:11

Zdobywanie leveli

 

O pierwszej komunii świętej już całkiem sporo pisałam. Temat rzeka, można by powiedzieć! Czy uważacie, że wyczerpałam go w wystarczającym stopniu? Bo ja myślę, że jeszcze nie. Po zmieszczeniu kilku zdań z mojego ostatniego wpisu na kilku forach ze zgrozą odkryłam, że internauci bardzo często zarzucają mi fatalny sposób wychowywania własnych dzieci (sic! Przecież ja ich nie mam!) i że to wyłączna wina takich rodziców jak ja, że dzieciaki dzisiaj są takie płytkie i materialistyczne. Mało kto przyznaje, że jakaś część winy leży po stronie kleru. Jak się okazuje, ksiądz w Polsce nadal stanowi jakąś siłę wyższą, zesłaną nam tutaj przez samego Boga po to, aby strzegł naszej moralności i dobrego prowadzenia się, oraz żeby chronił nas przez zbytnio wybujałą autonomią. Nie rozumiem tylko przy tym wszystkim – i tych zarzutach w stosunku do mnie i przy ślepym zaufaniu dla facetów w czerni – dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na tezę, którą wysnułam niejednokrotnie w moich tekstach. Ludzie powinni się decydować na przyjęcie wiary – jakakolwiek by ona nie była – dopiero w wieku przynajmniej tych 18 lat! Skoro musimy być pełnoletni aby spożywać alkohol, to czy nie powinniśmy być również pełnoletni przy wyborze tak istotnej dla naszego życia decyzji?! Przeciwników tego rodzaju idei jest ogromna rzesza, a ja nawet wiem dlaczego. Gdyby ludzie mogli samodzielnie i dobrowolnie wstępować do kościoła to okazało by się, że osób wierzących w naszym kraju jest tyle co Chińczyków – czyli nieco mniej niż przyjmuje się obecnie. Naturalnie zawsze występowałaby grupa, która przyjmowałaby chrzest i kolejne po nim sakramenty tylko dla „świętego spokoju”, żeby rodzina się nie czepiała, ale nadal byłaby to mniejsza „drużyna” niż obecnie. Po co ludzie dzisiaj uczestniczą w „zdobywaniu leweli”? Rozmawiałam z grupą 13-to latków, którzy już jakiś czas temu przeżyli swoją pierwszą komunię. Oto, co uzyskałam z tej rozmowy:

JA: Pamiętasz swoją komunię?

13-latkowie (ich odpowiedzi pokrywały się ze sobą do tego stopnia, że postanowiłam zbudować z nich jeden dialog, ale nie zmienia to faktu że rozmów było około 6-7): No coś tam pamiętam. Fajnie było, bo dostałem/łam....(w tym momencie wysłuchiwałam listy prezentów, zakodowanej w łepetynce dzieciaka jak mantra)

JA: A coś poza prezentami pamiętasz? Pamiętasz czego się uczyłeś i o czym się dowiedziałeś?

13-ki: Niee, już nie. No może „Ojcze nasz”, ale niecałe.

JA: A sens ogólny komunii? Pamiętasz po co ci to było?

13-ki: No że do kościoła mnie przyjmują i że teraz do komunii mogę chodzić

JA: No a co sam myślisz o komunii? Potrzebne ci to było?

13-ki: W sumie to nie. Fajne prezenty dostałem/łam i kasy sporo. Ale komunia to nie wiem po co mi, i tak do kościoła nie chodzę.

JA: Jak to? Do spowiedzi i do komunii też nie?

13-ki: Nie. Nie mam czasu. Rodzice też nie chodzą, to po co ja mam chodzić?

JA: Wierzysz w Boga?

13-ki: Trochę chyba wierzę. Nie zastanawiam się nad tym. Nie wiem po co mi religia.

Wynik mojej rozmowy nie był pocieszający. Potwierdziło się tylko to, co już wcześniej zakładałam: Przez fakt narzucania dzieciom jakiejkolwiek ideologii lub zasad, stają się one jedynie obojętnymi i bezmyślnymi owcami, które są bezużytecznymi zwierzętami, a nie inteligentnymi i wartościowymi dowodami na istnienie Pana. Ludzie wierzą dzisiaj w Boga jak te owce w elektrycznego pastucha: Czy ta wiara ma jakąkolwiek wartość i sens?

Przejdźmy dalej: wiemy już, że dzieciaki dzisiaj nie wierzą, albo nie zastanawiają się nawet, czy wierzą. Do komunii idą, bo chcą tego rodzice, dziadkowie i sąsiedzi, a poza tym mają z tego kasę i prezenty, więc dlaczego nie? Zastanówmy się zatem, jak wygląda ta wiara kilka lat później, kiedy przechodzimy do następnego „lewelu” wtajemniczenia. Następnym w kolejce do odbębnienia, bardzo ważnym rytuałem jest bierzmowanie. Sama je przeszłam i gdzieś na dnie szuflady mam papier potwierdzający, że otrzymałam to swoje trzecie imię i że Duch Święty mnie pobłogosławił, czy coś tam takiego. Szczerze? Nawet nie wiem po co przechodzi się bierzmowanie. Jedynym powodem jaki pamiętam to to, że będę mogła wziąć ślub i być matką chrzestną. Jeżeli natomiast chodzi o wartość duchową, którą sakrament bierzmowania powinien we mnie rozwinąć, to system znowu zawiódł. Rozmawiając z kolejną grupą, tyle że już ludzi prawie dorosłych i dorosłych zupełnie, odkryłam że nawet w okresie późniejszym nie jesteśmy jakoś w stanie za bardzo się zagłębić w duchowy aspekt naszej wiary. Do bierzmowania nadal podchodzi się po to, żeby mieć ten papier „w razie czego”, żeby nie było w przyszłości problemów z ślubami, chrzcinami i innymi bajerami. Jest to przykra konsekwencja wcześniejszego tresowania nas w wierze, a nie uczenia jej. W końcu czym skorupka za młodu....czyż nie?

 

 

niedziela, 02 czerwiec 2013 12:16

Pierwsza Komunia - relacja po...

 

Ponownie uderzam w temat Pierwszej Komunii. Jak już pisałam, sprawa z imprezami na tle religijnym jest dość drażliwa i tak naprawdę bezsensowna. Nikt już nie myśli o prawdziwym przesłaniu rytuału, nikt nie pamięta o wartościach, które on propaguje i już z pewnością nikt nie duma i nie medytuje nad świadomością religijną dzieciaczków zapędzanych do kościoła i przed ołtarz. Wcześniej ktoś mógłby mi zarzucić, że to tylko wyssane z mojego własnego, antyklerykalnego palca bzdury, bo przecież dzieciak poza zwyczajowymi, wypasionymi prezentami za kilka tysięcy złotych, dostaje również medalik i Pismo Święte, dzięki którym jakieś tam mgliste pojęcie o celu biby ma. No to przykro mi bardzo, bo sprawę zbadałam ponownie i kilka dzieciaków przepytałam, w celu zweryfikowania moich poglądów i przekonań. Niestety (tak! niestety! bo fakt ten wcale mnie nie cieszy, a jedynie swoją gorzką prawdą martwi!) okazało się, że miałam absolutną rację. Dzieci pytane o imprezę komunijną nie opowiadają o kościele, o mszy, o tym co ksiądz opowiadał i jak pierwszy opłatek smakował. Dzieci z przejęciem opisywały moc i wartość pieniężną swoich najnowszych komputerów, quadów, czasami jeszcze rowerów, tabletów, X-box'ów (czy jak to się tam nazywa) i paru innych elektro-gadżetów. Oczywiście mówiły mi również o grubości kopert, w których podarowano im bardziej praktyczny prezent w postaci banknotów. Jedna z koleżanek pożaliła mi się nawet na swojego synka, który w kościele już po pierwszej godzinie wypytywał z niecierpliwością, kiedy do domu wreszcie pójdą i imprezę zaczną, bo już prezentów nie może się doczekać. Opłatek dzieciak połknął z prędkością światła, prawie się dławiąc, bo tam laptop wymarzony już czekał! No a później, na dokładkę, zaraz od progu dzieciak poleciał do stosu kartek z życzeniami i gratulacjami, wygrzebał z nich całą gotówkę (wyrzucając pod łóżko nieprzeczytane nawet karty) i wsadził ją do jednej koperty, żeby móc polecieć do gości i pochwalić się, jaki „gruby prezent” dostał! Wiocha, powiadasz? No cóż... Ktoś tej „wiochy” dzieciaka nauczył, ktoś mu pozwolił myśleć, że komunia to nic innego, tylko festiwal „tłustych” prezentów i grubego portfela. Smutne to, ale jak najbardziej prawdziwe..... koleżanka wstydu się najadła, ale pocieszyłam ją, że ten sam scenariusz odbywał się tego dnia w każdym domu kolegów i koleżanek jej synka. Dzieciaki w szkole porównywały swoje łupy, podliczały jak doświadczeni księgowi wartość ogólną łupu każdego z nich i ustalały kogo należy pożałować, a komu zazdrościć. Tymczasem na moje pytanie, czy noszą swoje medaliki (bo zawsze któraś z babć albo cioć takowy dawała) i czy zajrzały do swojego nowiuśkiego Pisma Św. patrzyły na mnie jak na wariatkę z dwiema głowami i odpowiadały ze szczerym zdziwieniem: „A po co?”. To samo odpowiadały na moje kolejne pytanie: „Czy będziesz teraz chodzić do kościoła? Będziesz się modlić?”.... Więc teraz zadam pytanie Wam, moi drodzy obrońcy tradycji: jaką wartość dla Boga mają „wierni”, którzy żyją w swojej religii ze świadomością owiec biegnących całym stadem na rzeź ? Czy Boga naprawdę może cieszyć to, że kolejne pokolenia katolików nie różnią się niczym od bezmyślnego bydła na pastwisku? Czyż nie większą radość będzie mu dawać ktoś, kto dopiero jako dorosły człowiek, w pełni świadom swojej decyzji, zdecyduje się ochrzcić, podejść do pierwszej komunii i żyć według zasad danej religii? Czy też Bóg nie różni się już niczym od współczesnego człowieka, i woli „lecieć na ilość, olewając jakość” ??? Pomyślcie proszę o tym choć raz tak naprawdę głęboko i szczerze, zanim potępicie tych, którzy nie chcą aby ich dzieci były ofiarami skostniałej i bezmyślnej tradycji.

 

środa, 22 maj 2013 17:25

KAZANIE II - STRACH PRZED KRZYŻEM

 

Kiedy byłam mała, miałam powracający koszmar. Śniło mi się, że za kotarą wiszącą w dużym pokoju ukrywa się ogromny Jezus na krzyżu, skaczący na jego trzonie jak na gigantycznej nodze. Ten koszmar miał taką moc nade mną, że w końcu zaczęłam się go obawiać nawet w środku dnia, zawsze wtedy, kiedy zostawałam w pokoju sama. Bałam się tego, że ten „straszny Jezus” wyjdzie zza kotary i skacząc na swojej „nodze” przyjdzie po mnie i coś mi zrobi za karę, że jestem taka zła i niedobra. Ta wizja Jezusa za zasłoną towarzyszyła mi z grubsza przez 2-3 lata, aż do ukończenia 5 klasy podstawówki. Teraz, kiedy o tym myślę, dociera do mnie jaką koszmarną sieczkę z mózgu zrobiły mi lekcje religii i kazania w kościele. Sama przecież bym tego Jezusa nie wymyśliła, ani tego że ON przyjdzie po mnie za karę! Dzisiejszy styl uczenia religii w szkołach i kościołach niczym się tak właściwie nie różni od tego, który był uskuteczniany w moich dziecięcych latach. Przeraża mnie świadomość, że moje przyszłe dzieci będą straszone w ten sam sposób co ja, i że będą one miały swoje własne koszmary o Męce Pańskiej i o swojej odpowiedzialności za nią. Pytam się w tym miejscu grzecznie, czy właściwe i konieczne jest opowiadanie szkrabom z przedszkola i pierwszych klas podstawowych o biczowaniu, koronowaniu cierniami, krwawieniu, upokarzaniu, biciu i w końcu przybijaniu żywcem do krzyża oraz przebijaniu włócznią jakiegoś człowieka? Czy w porządku jest obciążanie sumienia dziecka pojęciem grzechu pierworodnego? Czy powinno się tłumaczyć takiemu bąbelkowi, że ktoś tam kiedyś został skatowany i uśmiercony w wyjątkowo paskudny sposób, ponieważ on- czyli rzeczony bąbelek właśnie – jest grzeszny już teraz i będzie przez całe swoje życie? Coś tu jednak nie gra, prawda? Reasumując: chrześcijaństwo uważane jest za jedną z najbardziej radosnych i optymistycznych religii na świecie, ponieważ mówi o nieskończoności życia jako takiego i o miłości jako wartości największej – piękne, prawda? Tymczasem z lekcji i z mszy w kościele można wynieść zupełnie inne wnioski. Dziecko uczy się tutaj od samego początku, że jest już na wstępie winne i złe, a całym swoim życiem powinno się starać odkupić tą winę, błagać o przebaczenie i modlić się, żeby być godnym dostąpienia łaski Pańskiej. Smutna ta nasza religia okrutnie... nic tylko się schować pod kocem i czekać na ten obiecany sąd, a później już relaks w kociołku i drapanie po pleckach widełkami – może przynajmniej już nikt nie będzie w nas wzbudzać ciągłego wyrzutu sumienia.

 

 

niedziela, 12 maj 2013 09:36

KAZANIE

 

Czy wiecie może do czego służy kazanie w kościele? Otóż chodzi tutaj o funkcję dydaktyczną. Kazanie to jak lekcja w szkole – macie się zadziwić, dowiedzieć czegoś nowego, przeanalizować w duchu i zapamiętać najważniejsze elementy, które teoretycznie mają Was wzbogacić w sposób trwały intelektualnie i duchowo. Piękne, prawda? Szkoda że gówno warte. Kiedy od czasu do czasu pójdę już do tego kościoła, to niestety kazanie jest dla mnie najbardziej drażniącym momentem w ciągu tych kilkudziesięciu minut – gorszym nawet niż pianie „zarzynanego” organisty. Kazania w Polskim kościele są nudne i prostackie, klepane jak te lekcje właśnie, które nauczyciel spisał sobie 20 lat temu w kajeciku i teraz rok w rok odczytuje je kolejnym baranom. Równie dobrze mości „książę” mógłby porobić kserokopie i rozdawać wiernym raz w roku jako zebrany podręcznik na cały rok – ba! Na całą kadencję „księciunia”! A jakie tam głupoty! Jakie dyrdymały! Toż to obraża każdego, kto chociaż odrobinę myśli samodzielnie, kto liceum jako tako skończył. Ileż to bzdur jest nam wbijanych z ambony! Sami z pewnością potrafilibyście z powodzeniem przytoczyć choć kilka przykładów rażącej niekompetencji i po prostu głupoty ze strony księży. W mojej własnej parafii książunio uparcie przez kolejnych 20 lat wykładał lekcje historii o państwach, które już dawno zniknęły z map, a robił to w taki sposób, że później na lekcjach geografii pani nauczycielka musiała dzieciaczkom tłumaczyć, że Czechosłowacja już nie istnieje. Ale jak to nie istnieje? No przecież ksiądz w kościele mówił o niej z 10 minut i to w takim kontekście, że nie dość że istnieje to jeszcze zajmuje znaczącą pozycję na arenie międzynarodowej! Inny ksiądz chciał zabłysnąć i mitologią grecką wsparł własne racje i poglądy, tylko że mu coś nie wyszło, bo oznajmił iż to sam Dedal upadł do morza i za swoją dumę zapłacił. Niedawno całkiem książunio z mojej parafii zrobił wykład o złośliwości i bezwzględności wrednych Żydów.... a ludzie słuchają i kodują sobie, że te Żydy to jednak skur.... . Czyli co? Jezusek też taki był? To On na naszą łaskawą sympatię zasłużył dopiero po chrzcie w wieku już słusznym? Zabawne by to wszystko było gdyby nie fakt, że tym sposobem społeczność pro-chrześcijańska nam durnieje. Męczy mnie jedno: skoro tyle błędów i nieścisłości wyłapuję podczas kazania, to ile głupot i kłamstw mi umyka? OK, wiem że Dedal nie zleciał tylko jego syn, więc księdzu nie uwierzę, ale ile jest bzdur w pozostałej części kazania? W ile z nich uwierzyłam? Ile z nich stanowi teraz dla mnie jeden z filarów mojej własnej wiary? Bo podchodząc do sprawy czysto dydaktycznie trzeba powiedzieć, że skoro w równaniu zaistnieje tylko jeden nawet błąd, to całe wyliczenia i wynik po nim następujące są guzik warte i całkowicie mylne.

 

 

sobota, 04 maj 2013 14:09

Antychryst

   Moja babcia należy do tych bardziej religijnych. Modli się przynajmniej dwa razy dziennie, słucha uważnie księdza w kościele i przestrzega przykazań. No z grubsza przestrzega, bo tak do końca to chyba nie rozumie nawet o czym one są – podobnie zresztą jak te klepane przez nią modlitwy i koronki, które wyrzuca z siebie z prędkością karabinu maszynowego. Moja babcia nie zastanawia się nad sensem słów, które z takim oddaniem powtarza od kilkudziesięciu lat. Moja babcia to „fanka idealna”, bo totalnie zależna i ufna. Nie zrozumcie mnie źle, ale drażni mnie okrutnie fakt, że moja ukochana babunia tak łatwo daje się omotać mości panu z radia M. Renty nie wysyła (o dzięki niebiosom chociaż za to!), ale słucha uważnie i koduje. Że Palikot to zło, że wszelkie odmienności to zło, że jest tylko jedna właściwa orientacja – religijna, polityczna i seksualna, że przeciwnicy wielkiego ojca R. to źli, których należałoby postawić pod jednym murem z Żydami. Kto nie wierzy, niech posłucha sam – nie zapomnijcie zanotować numeru konta, które z nużącą regularnością podają kochanym radiosłuchaczom! Mojej babuni jakoś nigdy nie przyszło do głowy, że przecież to co mówią w kościele z ambony i to, co słyszy w radiu M. jakoś tak dziwnie się gryzie z tym, co niby stoi bykiem w Biblii. Księga mówi, że kochać należy bliźniego swego i nie ma tam wyszczególnienia, kto tym bliźnim jest a kto nie – tymczasem ksiądz z ambony grzmi na tych i owych, palcem wytyka i piekłem grozi, podprogowo zaszczepia nienawiść międzywyznaniową, Żydów piętnuje i kapłanów innych wyznań (wiecznie tylko „Żydzi to...Żydzi tamto...”, „Faryzeusze to...faryzeusze tamto...” itd., itp.), a Ojciec R. to już nawet się nie kryje i wprost do ludu wali, że Żyd to zło najgorsze, bo Pana Jezuska zasztachtował. Podobnych przykładów rażących sprzeczności jest cała masa, ale jakoś nie chce mi się tutaj całej Biblii krok po kroku przytaczać. Dlaczego ja o tym? Bo mnie już drażni ten religijny bełkot i zakłamanie. Boli mnie że z Biblii robi się „Młot na czarownice”, i że ja jestem jedną z tępionych – wyklętych niepraktykujących. Moja własna babcia napadła mnie kilka lat temu z pretensjami, że antychrystem jestem, bo do kościoła nie chodzę, i że ona modli się za mnie, żebym do piekła za to nie poszła. No żesz ty kur.....!! Ja się nie wtrącam w jej ślepe poddaństwo, a ona mi tu będzie od antychrystów wyzywać?! To ja się pytam babuni:”A ile ty babciu rozumiesz z tych modlitw, co je klepiesz? Wiesz może przypadkiem, co dosłownie znaczy ZRODZONY A NIE STWORZONY? I dlaczego został ZRODZONY?” - babcia oczywiście nie wiedziała. „A wiesz może, że Jezus urodził się latem, a nie zimą, tylko że dopasowano tą letnią rocznicę do pory zimowej, bo akurat wtedy pogańskie święto wypadało i tym podstępem zaszczepiono Jezuska w pogańskich obyczajach?” - babcia zszokowana nie wiedziała. „No a czy zdajesz sobie sprawę z tego, że twój ukochany ksiądz R. wyzywa na Żydów, a przecież sam Jezus był Żydem, Maryja i Józef też, no i cała ta ferajna, co się za nimi włóczyła?” - babcia niby wie, ale jakoś tą świadomość wypiera. Oburzona dała mi w końcu spokój. Modli się jednak dalej, tylko już sama nie wiem czy o mój powrót na łono kościoła czy też o to, żeby wyplewić ze mnie ziarno myślenia i tą „chorą” chęć do UCZENIA SIĘ PRAWDY o chrześcijaństwie. Bo przecież prawdziwy katolik to taki, który nie myśli i się nie zastanawia, tylko chyli czoła przed potęgą kościoła i zarządzającego nim kleru.

piątek, 19 kwiecień 2013 16:33

Pierwsza Komunia

Feliks pogania mamę, żeby się pospieszyła bo zaraz zacznie się msza w kościele. Kaśka psioczy i marudzi, bo do tej pory do kościoła nie chodziła wcale, a teraz musi popylać z synem przynajmniej raz w tygodniu, wtedy kiedy babcia nie może. Na początku martwiła się, że Feliksowi tak modlitwy przypadły do gustu, że jeszcze umyśli sobie i zacznie chodzić co niedziela, a jak on to i ona – bo przecież samego nie puści, bo daleko. Na całe szczęście okazało się, że to ksiądz cwaniura za każą zaliczoną mszę daje obrazki, a kto uzbiera wszystkie, ten dostaje nagrodę. Czyli to zwykłe zawody są, a dzieciaki są zainteresowane tylko ową „nagrodą”. Skąd taki wniosek? A no sam Feliks podjarany kiedyś wypalił, że jeszcze trzy obrazki i wygra. Wypytywany przez rodzicieli wytłumaczył na czym zabawa polega i oboje z ulgą odetchnęli, że to nie religia a zwykły materializm dzieciaka ciągnie na to odmrażanie tyłka w kościelnych murach. Całą sprawa ma jednak większy zakres zasięgu: Feliks i jego rówieśnicy właśnie przygotowują się do pierwszej komunii świętej, czyli zwyczajowego zjedzenia pierwszego opłatka z ręki księdza. Rzecz cała ciągnie się już od kilku miesięcy i Kaśkę zaczyna szlag trafiać, bo to koszta są niesamowite, a ona z mężem ledwo na spłatę kredytu wyrabiają. No a tutaj ksiądz sobie zażyczył 50 zł na kwiaty do kościoła, 50 zł na różaniec i książeczkę (które na jarmarku koło Jasnej Góry chodzą po 10-12 zł), 70 zł na prezent dla proboszcza no i 5000 zł na poczet kościoła, ale to już łaskawie rozłożył na rodziców wszystkich „owieczek”, które mają dostąpić tej niezwykłej chwili „uduchowienia” (czyli wydojenia z kasy). Do tego jeszcze 100-200 zł na tzw. albę, w której dzieciak pójdzie na całą imprezę. Ogólny koszt: coś koło 400 zł, ale to przy sprzyjających wiatrach (to zależy ile krawcowa za albę sobie policzy i na ilu rodziców rozłoży się koszt „dobrowolnej darowizny na kościół”). Jednak to jeszcze nie wszystko moi mili! Bo przecież jeszcze impreza post-komunijna, która musi być huczna i wystawna jak wesele, bo inaczej to wstyd by był, obmowa rodzinna i potępienie w oczach sąsiadów. Powiedzmy, że to pochłonie kolejne 2000 zł, no może 3000 zł, bo jeszcze dzieciak prezentu się dopomina: a to komputer, albo skuterek, może X-BOX lub inny gadżet, który obecnie jest na topie – w sumie to cholera wie, czego te dzieciaki dzisiaj oczekują, ale myślę że za parę lat w normie będzie quad i willa na przedmieściach – w końcu życie porządnego chrześcijanina na odpowiednim poziomie należy zacząć! Myślę sobie o tym wszystkim i zastanawiam się, jaki to ma sens i czego te dzieciaki się uczą: modlitwy i swojej tożsamości religijnej czy zasad bankowości? Zbita z tropu zagadałam do Feliksa w te słowa:

 JA: a powiedz mi, co to znaczy że ktoś idzie do pierwszej komunii?

 F: no że Jezuska do serca się przyjmuje

 JA: czyli co?

 F: no nie wiem, ksiądz kiedyś mówił ale nie pamiętam-

 JA: to kiedy on ci to mówił?

 F: dwa miesiące temu? Nie wiem. Nie pamiętam

 JA: to co wy na tych próbach robicie i o czym gadacie?

 F: no jak kto ma stać, za kim iść, kto co czyta i piosenki ćwiczymy

 JA: to ksiądz nie przypomina wam cały czas i nie rozmawia z wami o znaczeniu pierwszej komunii?

 F: nie, a po co?

 JA: acha. A listę prezentów, które masz dostać pamiętasz?

 F: No jasne że tak! Telewizor, taką fajną grę co kosztuje chyba 500 zł, nowe meble, kasę i... (itd., itp.)

To tyle, moi mili, jeśli chodzi o wartości których uczy nas kościół. Już nawet księża nie udają, że tu o jakąś wiarę chodzi, czy o ogólnie duchowe wartości, jakieś uwznioślenia mistyczne prawie i zdobywanie wyższych stopni wtajemniczenia w cud boży. Na religii dzieciaki się nudzą, uczą się wyimaginowanych życiorysów świętych na zasadzie gombrowiczowskiej (słynne „Słowacki wielkim poetą był” przekłada się na „Jan Paweł II świętym był”) i później bardziej lub mniej świadomie wrastają w ten cały moher. Ktoś mógłby mnie w tym momencie oskarżyć o ateizm i o prześladowanie porządnych chrześcijan...a tu zonk, bo ja wierząca jestem i nie chodzi mi o to, żeby katolicyzmowi wsadzać kij do oka. Sama zostałam wychowana w powyższym modelu i do dzisiaj srogo ubolewam nad tym – bo nikt mnie nie uczył samodzielnego myślenia, nikt mi nie powiedział na czym moja religia polega tak naprawdę i nikt nie mówił prawdy o żywotach chrześcijańskich świętych. Z najmłodszych lat pamiętam tylko tyle, że rodzice zmuszali mnie do chodzenia do kościoła, katechetka mówiła o świętych, którzy byli już za życia jakby pół-aniołami, a ksiądz w kościele przez 15 minut mówił o potrzebie dawania na tacę i wymieniał nazwiska tych, którzy dali więcej niż inni (swoisty konkurs na siłę wiary, czy jak?!). Zapamiętałam więc tylko tyle, że w katolicyzmie najważniejsze to cotygodniowe przyjście na mszę i dawanie księdzu kasy, bo inaczej będziemy potępieni. Wspomniany przeze mnie wcześniej Feliks radzi sobie z tym systemem dużo lepiej. Idzie do kościoła wtedy, kiedy może coś za to dostać, a jeżeli fanta nie będzie, to się buntuje i olewa system. Mama Feliksa syna nie przymusza, bo żal jej tych złotówek, co to na tacę musiałaby rzucić, bo inaczej ludzie by na nią krzywo patrzyli. Ojciec Feliksa ma wszystko w dupie, bo ksiądz lepszą furą od niego jeździ i lepszy zegarek ma na ręku, więc jakoś trudno mu uwierzyć, że koleś na serio chce uczyć wiary i miłości. Wszyscy wiedzą o co chodzi, wszyscy przeliczają zawartość w portfelu statystycznego wiernego, ale nikt nie pada z prawdziwym przekonaniem czy pasją przed krucyfiksem na ścianie...ani ksiądz, ani tym bardziej parafianie. Ale nikt o tym nie mówi, bo to by zburzyło porządek, który powstał kilkaset lat temu. I biznes kręci się dalej.

 

 

czwartek, 18 kwiecień 2013 19:44

Słowo na niedzielę czyli prolog

Oto jesteśmy – trochę młodzi, trochę gniewni, bardzo myślący i mocno zadziwieni. Dziwi Nas to, że niby już w ten wiek XXI-wszy z impetem i obiema nogami wkroczyliśmy, a mimo to ludzkie umysły w jakiejś zaściankowości i mroku tkwią, zabobonami naszych dziadów przestraszone i otumanione. Czy to z wygody wynika, czy może z jakichś innych powodów nie Wiemy, ale bardzo Chcemy to rozgryźć. Z tej potrzeby zrodził się pomysł, żeby swoimi przemyśleniami i obserwacjami podzielić się z ludźmi, którzy też widzą prawdziwy kształt świata i nie zgadzają się z nim bezmyślnie. Kieruje Nami nie ambicja, a chęć dyskusji o najbardziej drażliwych tematach. Lubimy inteligentne riposty i kontrowersyjne tematy, rozmowy z ludźmi o poglądach tak odległych od Naszych, jak to tylko możliwe. Krótko i na temat pisząc: lubimy kreatywne myślenie i budowanie stanu własnej świadomości nie w oparciu o cudze wytyczne, ale o siły własnego umysłu i inteligencji. Swoim blogiem Chcemy Was – nasi drodzy czytelnicy – zachęcić do odważnego wyrażania własnych opinii i poglądów, bez lęku że jacyś katole, homofoby, rasiści i sąsiadki zniszczą Wam za to Wasze życie i obsmarują inwektywami. Zrozumcie to, że najważniejsza jest wiara we własny rozum i jego autonomię. Amen. 

 

 

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank

Kalendarz

« Maj 2017 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Odwiedź koniecznie:

Użytkownicy

Statystyki odwiedzin

2890871
Dzisiaj
Wczoraj
Ten tydzień
Ostatni tydzień
Ten miesiąc
Ostatni miesiąc
Wszystkie
5614
21131
26745
2713149
640097
652582
2890871

Twoje IP: 54.161.77.58
2017-05-29 06:05:55