niedziela, 29 listopad 2015 22:14

Zaklęty krąg cz 4. Upraszczanie

 Martwi w chwili przyjścia na ten świat.

 To ich wybór, dlaczego tego nie dostrzegasz?

 Charles Michael Schuldiner – Born dead

- Ten ksiądz to chyba oszalał! - oświadczyła niewielkiej grupce znajomych Ela, mama 10-letniego Michała, oraz 6-letniego Kacpra, kolegi Okrucha – kilka wieczorów poświęciliśmy z Michałkiem na wałkowanie jakichś listów jakiegoś tam świętego, i Michałek znał je doskonale i co? Wstawił mu tróję! I to z minusem! Za co? Spytał go, ile jest tych listów, a gdy Michał zaczął je wymieniać, ten mu przerwał i podsumował, że pewnie nie chciało się Michałkowi przygotować. No wiecie??? Zadaje jakieś bzdury, modlitwy na ocenę, dzieci chodzą do kościoła na kartki! - kontynuowała oburzona.

- To dlaczego nic z tym nie zrobicie? - spytałem.

- Jak to? - oczy Eli przybrały rozmiar pięciozłotówek.

- Jest was tylu w podobnej sytuacji, że możecie z plebanem nawiązać dialog, ewentualnie poruszyć temat z jego przełożonymi. Jeśli nic nie robicie, to nie dziwcie się, że on robi, co chce.

- Ale to nic nie da – z poczuciem beznadziei odparła Ela.

- Jeśli nie spróbujecie, to na pewno nic z tego nie będzie – odparłem. Jeżeli tak cię to bulwersuje, to dlaczego nie wypiszesz Michała z religii?

- U niego w klasie wszyscy chodzą – burknęła nieco oburzona.

- Za to u Kacpra i Okrucha nie wszyscy...

- Ale ja się nie wyłamię! - oburzenie Eli delikatnie narastało – Ja nie potrafię walczyć. Upraszczam jak tylko mogę.

Spolegliwość jako wirus. Wirus wywołujący otępienie, bezwładność, podatność na sterowanie. Otępienie prowadzące do śmierci. Śmierć może być powolna, ofiarą targają jeszcze jakiś czas przebłyski świadomości, że coś jest nie tak. „Poleruję brązy na Titanicu” kontra „Jedenaste – nie wychylaj się”. Nieprawdą jest stwierdzenie, które głosi, że ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi, gdyż to właśnie brak działania jest błędem największym. Śmierć może być szybka. Wystarczy zażyć „Zbawienie”, by dołączyć do grona żywych trupów.

Ile czasu minie od twojej śmierci do czasu, w którym natura pochłonie twoje ciało? Dni? Godziny? A może lata? Kilkadziesiąt lat?

Co dzisiaj uprościłeś/aś?

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 29 marzec 2015 20:08

Zaklęty krąg cz 2. Zbrodnia

 

Suseł: - Twoje dzieci są wierzące?

Bońka: - Żona ochrzciła córkę. Ja chciałem, żeby zdecydowała sama, jak skończy osiemnastkę.

Suseł: - No to języka też nie trzeba było jej uczyć. Tylko czekać, aż sama zadecyduje, czy chce mówić po chińsku, czy po polsku. A do przedszkola wysłałeś? Jeść uczyłeś? Co, tylko o chrzcie miała sama zadecydować?

 „Służby specjalne”

 Scenariusz i reżyseria Patryk Vega

„Jak dorośnie, to zdecyduje, czy będzie chodzić do kościoła, czy nie. A na razie zapiszę je na religię, to przecież nic nie zaszkodzi” - taką właśnie iluzją wielu ludzi karmi siebie i swoje otoczenie, a swoim dzieciom niszczy lub okalecza przyszłość. Równie dobrze można dziecko skierować na termin do grabarza, niech popracuje kilkanaście lat łopatą. Przecież wyrobi sobie mięśnie, a te się ponoć przydają. Gdy osiągnie pełnoletność, samo zadecyduje, jaki zawód będzie chciało uprawiać. Może jednak okazać się, że np. droga kariery pianisty jest już dla niego nieodwracalnie zamknięta, bo wyniszczone przez lata palce nigdy nie nabiorą pożądanej zręczności i delikatności.

Jaki wybór ma dziecko, oddane wraz ze swoją ufnością, naiwnością i czystością pod opiekę oprawców w czarnych sukienkach? Upatrujesz wynaturzeń spoglądając na transwestytów, naśmiewasz się z transseksualnej posłanki, ale nawet oko ci nie drgnie podczas oddania swojego dziecka pod opiekę dewianta ubranego w sukienkę. No ale liczy się fakt, że pozbyłeś się kłopotu. Oni tam dziecku wszystko wytłumaczą, a ty spokojnie możesz położyć się na kanapie z piwem i paczką taniego bekonu, żeby w spokoju obejrzeć te wszystkie wspaniałe programy, w których „ci idioci to mają normalnie problemy”. Katabasi zaś skwapliwie skorzystają z prezentu od ciebie. Na początek zabiją procesy myślowe twojej latorośli wszczepiając jej kilka idiotycznych regułek. Wmówią mu winę, postraszą diabełkami i kociołkiem smoły, pomachają przed nosem trupem na krzyżu, i oczywiście wskażą jedyną dłoń, która ewentualnie, prawie za darmo, pomoże mu się wykaraskać z tak straszliwych opresji. Potem już tylko ciągłe powtarzanie: „wierzę, bozia, jezusek, kocham, jedyny, najwyższy, zbawiciel” tak długo, aż dziecku będzie wydawało się, że to jego samodzielne myślenie. Dodatkowo wyśmiewanie tych, którzy nie wierzą w to samo, podżeganie do ich prześladowania, wzmacnianie odczucia bycia częścią „tej lepszej” grupy.   

Jeśli zatem sam nie wierzysz, a do kościoła uczęszczasz jedynie z przyzwyczajenia, i posyłasz swoje dziecko na religię, dokonujesz nieodwracalnej zbrodni na jego psychice. Odruchy i nawyki wpojone w tym wieku przy pomocy strachu i nienawiści pozostaną w człowieku już na zawsze. Niewiele jest osób, które mają na tyle silną psychikę, że potrafią w dorosłym życiu zwalczyć lęki i poczucie winy zaszczepione w dzieciństwie. Ucz swoje dziecko samodzielnego myślenia, otwartości na świat, zanim ktoś zrobi z niego żywego trupa.

 

Dział: Polak, KATOLik

 

„Młodzież po bierzmowaniu masowo odchodzi od Kościoła” - takiego oto epokowego odkrycia dokonują niektórzy Dealerzy. Tyle lat skrzętnego programowania umysłów, a tu nagle, jak za sprawą działania jakiegoś rodzaju magii, młodzi Uzależnieni po prostu znikają. I pieniążków nie przynoszą. I nie wiadomo, czy po ślub wrócą, lub po chrzest dla swojej pociechy, gdy nastanie odpowiedni czas. A i pogrzeb niepewny. I tyle pieniążków przepadnie. Horror w biały dzień.

Wyseparowano czynnik taki stan powodujący. To choroba zwana etyką, atakująca umysły wirusem wolnego myślenia. Nosiciel powoli uniezależnia się od „Zbawienia”, co za tym idzie, przestaje potrzebować ciągłych jego dawek do normalnego funkcjonowania.

Na nic zatem drobne próby uczynienia z kościoła mniej anachronicznej instytucji. Na nic tanie zagrania najwyższego szczebla firmowane przez samego Papę. Nic, i nic nie działa. Panika. Te tępe barany naprawdę zaczynają samodzielnie myśleć. I, co gorsza, nieźle im to ponoć wychodzi!

Co robić?

Myśl, myśl intensywnie.

Kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam!

Opóźnijmy bierzmowanie! Niech będzie w 2giej klasie średniej szkoły. Zawsze to 2 lata więcej przynoszenia pieniążków. Grajmy na zwłokę, może w międzyczasie uda się coś jeszcze wymyślić.

Zaraz! MAM!

Zróbmy tak, jak mamusie z patologicznych rodzin, które, gdy chcą wyegzekwować posłuszeństwo swoich pociech, mówią im „jeśli nie będziesz grzeczny, to mamusia cię przestanie kochać”. Przecież to zawsze działa. Genialne.

Ogłaszamy zatem „Uczęszczanie na etykę jest publicznym zaparciem się wiary i Kościoła. Dziecko uczęszczające na etykę nie może być dopuszczone do I Komunii św. Kto po bierzmowaniu zapisuje się na etykę ( dotyczy licealistów i uczniów techników ) nie może otrzymać rozgrzeszenia, nie może pełnić w Kościele godności chrzestnego/ chrzestnej. Jeżeli chrzestnym/ chrzestną ma być uczeń liceum/technikum, musi przedstawić zaświadczenie od katechety o uczęszczaniu na katechezę.”

Szach i mat. Niech no teraz któryś baranek spróbuje się teraz oddalić od stada chociażby na centymetr. Nie będą nam tu bierzmowania traktować jak zaliczenia przedmiotu w szkole. Będą chcieli mieć ślub kościelny? Będą chcieli zostać rodzicami chrzestnymi? Niech zatem przyniosą zaświadczenie, że nigdy nie uczęszczali na tę straszliwą etykę. Są przecież i tacy, którzy i na religię, i na etykę chodzą. Nie będą nam tu świeczek zapalać, a diabła ogarkiem traktować. Albo siedzisz w pociągu z nami, albo ten pociąg po tobie zaraz przejedzie.

Aby przyjąć sakramenty, nie możesz samodzielnie myśleć. Albo przynajmniej musisz udawać, że nie jesteś zdolny do samodzielnego myślenia. Ktoś już przecież za ciebie pomyślał, i myśli nadal. Pielęgnuj w sobie ten błogostan, zażywaj „Zbawienie” i pamiętaj kto jest jedyną odpowiedzią na każde pytanie.

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 21 grudzień 2014 20:56

Rachunek sumienia cz.3 Czarna Galera

 

Zdarza mi się zadawać ludziom pytanie „czy jesteś wierzący/a?”. Obserwuję wtedy reakcję zapytanego. Zazwyczaj jego oczy przybierają wówczas drewniany, beznamiętny wyraz, a usta bez cienia jakiejkolwiek intonacji głosu cicho wypowiadają słowa „Tak, chodzę do kościoła”. 

Jesteś niewolnikiem na Czarnej Galerze. Twoje ręce, nogi i szyja skute są grubymi łańcuchami. Wiosłujesz w pozycji na kolanach w rytm wybijany przez opasłego, spoconego, małego człowieczka o świdrujących oczkach i kawałkiem kiedyś białej, a teraz już mocno zabrudzonej szmatki pod szyją. Tuż za nim, na ścianie wisi rzeźba przedstawiająca trupa mężczyzny przybitego do krzyża. Operujesz wiosłem równo z innymi galernikami, aby tylko zasłużyć na grymas twarzy małego człowieczka przypominający uśmiech, Masz w pamięci jego srogie spojrzenie i wciąż na swoich plecach czujesz ból po smagnięciach batogiem. Twoje oczy dawno już przestały wyrażać jakiekolwiek emocje. Obok ciebie przykuto twoje dziecko, aby już od najmłodszych lat pilnie wdrażało się w wiosłowanie. Dziecko, pomimo faktu, iż zostało zrodzone z niewolników, z właściwą swemu wiekowi ufnością i ciekawością świata zapytuje ciebie: 

- Dlaczego musimy wiosłować?

- Nie musimy. Ale chcemy. Nasi przodkowie wiosłowali, i nasi potomkowie również będą wiosłować.

- Ale po co?

- Bo tylko w ten sposób trafimy do raju.

- Ale skąd o tym wiemy?

- Tak nas zapewnił mały człowieczek. Jeśli będziemy mu służyć za życia, to w nagrodę po śmierci trafimy do raju.

- Ale ja nie wiem, czy chcę trafić do tego... raju...

- Decyzja już zapadła. Poza tym masz jeszcze dług do odpracowania.

- Jak to?

- Twoi przodkowie popełnili grzech pierworodny, a mały człowieczek cię z niego oczyścił.

- Czy nikt się przeciw temu nie zbuntował?

- Był jeden taki. Wstał i powiedział, że nie czuje się winny, i że mały człowieczek kłamie, bo żaden raj nie istnieje.

- I co się z nim stało?

- Zabiliśmy go. Chciał być od nas lepszy, a w dodatku poddał w wątpliwość dobro i wielkość małego człowieczka.

- Skąd wiadomo, że mały człowieczek właściwie nas prowadzi?

- Bo jest prawy i dobry. Bo jest posłańcem od boga. To właśnie jest wiara.

- A kim jest ten b...

- Dosyć! Nie zadawaj więcej takich pytań. Muszę cię nauczyć wiosłować. To jedyny właściwy sposób życia. 

Cóż zatem z tego, że chodzisz do kościoła? To jeszcze nie czyni z ciebie osoby wierzącej, podobnie, jak fakt fizycznego pojawiania się w szkole tańca nie uczyni cię tancerzem. Przyznajesz się do wiary, bo dobrze być w grupie, w której ponoć jest 95% społeczeństwa naszego kraju. Ale tak, jak znaczna część wspomnianego procenta, nie masz pojęcia, na czym owa polega wiara. Dlatego niechętnie rozmawiasz o „swojej” wierze. Nie znając często nawet jej podstaw, kwitujesz rozmowę zdaniem w stylu „to indywidualna rzecz”. Nie stajesz w obronie swojej „wiary”, bo brakuje ci argumentów, a tych nie posiadasz, bo nie rozważasz religijnych nauk. Owszem, z pamięci powiesz „Ojcze nasz”, czy nawet „Zdrowaś Maryjo”, może nawet wysupłasz jeszcze jakieś inne regułki, i na tym koniec, bo tyle, plus zawartość twojego portfela, wystarczy, by otrzymać kolejną działkę „Zbawienia”. Dealerom „Zbawienia” zależy na utrzymywaniu Uzależnionych w całkowitych mentalnych mrokach średniowiecza. Myślenie jest tu absolutnie niewskazane. Z tępą i otępiałą masą, nawet w XXI wieku można zrobić wszystko.

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 19 październik 2014 00:15

Siła symbolu, czy symbol siły?

 

Cyklicznie pojawia się temat obecności symboli religijnych w miejscach użyteczności publicznej. W naszym kraju w 99% chodzi oczywiście o krzyż. Nierzadko pojawia się on w miejscach typu publiczna placówka oświatowa czy też urząd państwowy, zawieszony przez kogoś z kierownictwa, bądź też pracowników. Czasem taki krzyż znika, czasem pojawiają się protesty osób o innym światopoglądzie, a wtedy pada z ust obrońców krzyża słynne pytanie „skoro nie wierzysz, to co ci przeszkadzają te dwa drewienka?”. „No pewnie nie przeszkadzają” - odpowiedziały setki tysięcy osób odpuszczając temat ostatecznie z poczuciem podbudowania zakresu swojej tolerancji. Uzależnieni od „Zbawienia” wraz ze swoimi Dealerami mogli świętować oznaczenie kolejnego obiektu jako „swojego”.

Drogi Obrońco Krzyża, wyobraź sobie, że udajesz się do banku w celu pozyskania kredytu. W pięknym, przeszklonym holu pięknego budynku na samym jego środku znajduje się sporych rozmiarów Gwiazda Dawida. Przecież dla ciebie to tylko dwa trójkąty, więc oczywiście nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia, prawda? Idziesz do salonu znanego operatora sieci komórkowej po smartfon z internetem, bo przecież Toruń oficjalnie przestał uważać internet za wytwór szatana, a tam, tuż obok logo operatora, widzisz półksiężyc i gwiazdę. Oczywiście jesteś tak tolerancyjny, że przyjmujesz to całkiem spokojnie. Postanawiasz zapisać swoje dziecko do renomowanego gimnazjum, w tym celu udajesz się do dyrektora wspomnianej placówki. Nooo... ulga... w gabinecie wisi krzyż. Ale.... zaraz, zaraz... przecież pozioma belka jest osadzona trochę niżej niż w tym, który posiadasz w domu! Nic to... przecież jesteś... tolerancyjny. Nie przeszkadzają ci symbole, w które nie wierzysz.

Propagatorzy krzyża często tłumaczą się, że skoro w ich instytucji nie ma oficjalnego zakazu umieszczania symboli religijnych, to nie łamią prawa. Może w takim przypadku należałoby wykazać się odrobiną empatii i zwyczajnego poszanowania norm współżycia społecznego? Dealerzy „Zbawienia” twierdzą, że ateiści nie mają żadnego symbolu, bo gdyby taki mieli, to również należałby mu się szacunek zbliżony do tego, którym oni darzą dwa drewienka. Ten szacunek w praktyce przerabiał już niejeden kierowca. „Ryba”, czyli symbol pierwszych chrześcijan, naklejona na samochodzie, to pełna nobilitacja, ale spróbujcie nakleić na swój samochód „Rybkę Darwina”, a będziecie mieli zapewnioną długą i zażyłą znajomość z lakiernikiem.

To z pozoru niewinne sformułowanie jest w rzeczywistości sprytnie skonstruowaną pułapką. Ludzie wpadają w nią przez źle pojętą tolerancję, a czasem przez zwykłe lenistwo lub oportunizm. Jeśli zatem tobie symbol ów kojarzy się z zaprzeczeniem wszelakich nauk głoszonych przez jego propagatorów, nie wahaj się mówić o tym wprost. Istnieją przecież budynki takie jak kościoły, w których jest miejsce tegoż symbolu. Nie bądź bierny wobec zawłaszczania publicznej przestrzeni przez fanatyków, bo pewnego dnia obudzisz się w państwie wyznaniowym zmuszony do odmawiania pacierza przed oddychaniem.

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 12 październik 2014 02:29

Dwa drewienka czyli Incydent Krapkowicki

 

Nauczycielka matematyki w Krapkowickim Zespole Szkół Sportowych została przez dyrekcję oraz radę pedagogiczną zlinczowana za zdjęcie krzyża w pokoju nauczycielskim.

Pani Dyrektor, no cóż, najwyraźniej minęła się Pani z powołaniem. Funkcja, którą Pani powierzono, to nie to samo, co funkcja siostry przełożonej, a obiekt, którym Pani zarządza, to nie klasztor. Państwowa placówka oświatowa ma być neutralna światopoglądowo, zatem swoje wyznanie proszę zostawić przed jej drzwiami. Urąga Pani innym ludziom utożsamiającym się z tą samą, co Pani, religią, propagując wieszanie krzyży w oddanej pod Pani rządy placówce. Zachowując się niczym zwierzę znaczące teren, bluźni Pani przeciwko piątemu przykazaniu. Niezwykła zaciekłość w gnębieniu bliźniego, którą dyktuje Pani jej religijny fanatyzm powoduje wynaturzenia godne średniowiecza. Zapewne tęskni Pani za paleniem heretyków na stosie. Usilnie próbuje Pani krzewić swoją wiarę przy pomocy kłamstwa, podstępu oraz przeinaczania faktów. Hańbi Pani swoją profesję dając zły przykład młodzieży. Nadużyła Pani władzy, za co należy się Pani odwołanie ze stanowiska. Mam nadzieję, że wie Pani, od czego jest gorsza nadgorliwość. Polecam rozważenie siedmiu grzechów głównych, szczególnie pierwszego i szóstego.

Rado Pedagogiczna, cechuje Państwa zwykły oportunizm. Jak można pozwolić panoszyć się w placówce oddanej w wasze ręce religijnej fanatyczce? Trudno uwierzyć, że w tak szacownym gronie znajdują się sami ślepo wierzący ludzie. Nieme przyzwolenie na prześladowanie jest współudziałem. Współuczestniczenie w szykanach to mobbing. Jesteście autorytetami młodzieży i wasz przykład ma szerokie oddziaływanie.

Miejsce i krzyża, i biskupa jest w kościele. Wizyty tego typu osobników nie są pożądane w świeckich szkołach, a już tym bardziej towarzyszące tej wizycie pośpieszne znaczenie placówki drewienkami. Szkolni fanatycy mogą sobie swobodnie całować ziemię po której biskup stąpa, ale niech czynią to poza murami szkoły. Dla olbrzymiej większości dzieci i młodzieży ten człowiek nie jest nikim ważnym, nie ma zatem potrzeby odrywać ich od nauki i zmuszać do oglądania go. Terroryzowanie wizerunkiem Jana Pawła II w szkolnym sekretariacie ma tylko jedno przesłanie „jeżeli masz inny, niż Dyrekcja, światopogląd, to zapomnij o pozytywnym rozpatrzeniu twojej sprawy”.

Czyż nie jest dziwne, że ludzie tak chętnie walczą o religię, a tak niechętnie żyją zgodnie z jej przepisami.

                                                                                                 Georg Christoph Lichtenberg

 

Dział: Polak, KATOLik
sobota, 04 październik 2014 01:13

Zaklęty krąg cz 1. Babcia

 

Znam pewnego człowieka. Być może nie wyróżnia się niczym szczególnym – ot żona, dwóch synów, dom, praca. Może i w coś tam sobie wierzy, generalnie jednak względem KK reprezentuje stanowisko „niewierzący, ale praktykujący”. Tzn. posiada wszystkie sakramenty, żona również, dzieci stosownie do wieku też, ale na tym w zasadzie się sprawa kończy, bo nie utożsamia się z kościelnymi frazesami, będąc wręcz ich zagorzałym przeciwnikiem. Dlaczego zatem pozwala, by jego dzieciom wypychano do głów zabobony które on sam wyśmiewa? Czyżby umiłowanie tradycji przodków? Fascynacja folklorem? Otóż twierdzi on, że... Babcia nie wyobraża sobie, żeby któreś z jej dzieci lub wnucząt nie chodziło do kościoła. W głowie jej się nie mieści taka ewentualność, że w jej rodzinie mógłby być „ancykrys”. Zapewne w Waszych umysłach pojawiła się właśnie projekcja starszej, doświadczonej przez życie, schorowanej, bogobojnej kobiecinki, która schodzi z tego świata z pękniętym sercem na wieść o tym, że jej kochany wnuczek opuścił niedzielną mszę, bo postanowił pograć na konsoli. Nie, to nie ta bajka. Babcia owszem, swoje lata ma, ale jest całkiem na chodzie i niejedno już przeżyła. Powiecie, że kolega z rodziną zwyczajnie nie chcą jej ranić? Spokojnie, babcia zahartowana, program zainstalowany przez Dealerów „Zbawienia” pracuje bez niebieskich ekranów. Beretka z antenką odbierającą sygnał sterowania radiowego wprost z Torunia jest na wyposażeniu standardowym. Do tego 2 poduszki powietrzne, ale niestety brak hamulców. O co zatem chodzi? Podobno, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Babcia odpala rodzince kolegi co miesiąc część emerytury. Rodzince i bez tego niczego nie brakuje, no ale parę dodatkowych peelenów na zbytki zawsze się przyda. Babcia płaci i wymaga. Chciałoby się olać przebierańców w sukienkach, no aleee... pieniążki są takie miłe. Co tam dzieci, niech pochodzą na religię, a potem i tak będą wyznawały jedynego właściwego boga – mamonę.

Znam też inną Babcię. Nie finansuje, nie chodzi do kościoła, ale uważa się za wierzącą. Typ osoby, która wybiera miłe dla siebie obyczaje i je realizuje w praktyce. Zapytana, czy wyobraża sobie, że jej wnuczka mogłaby nie pójść do komunii odpowiada oczywiście, że nie. Ogólnie daje się odczuć, iż ma blade pojęcie o znaczeniu poszczególnych sakramentów, rozmyślania nad dogmatami wiary nie praktykuje, ot takie bezmyślne realizowanie strzępków oprogramowania bez jakiejkolwiek nadziei na zmianę. Pada zatem dopełniające pytanie „dlaczego?”. Odpowiedź ścina „bo to taki piękny, majowy zwyczaj, dziewczynki w bieli...”. No tak, dla kilku sekund przyćpania mózgu Babci „Zbawieniem”, wnuczka ma się nabawić poważnych zadr w psychice.

Ludzie kultywują martwe od dawna obrzędy traktując je jako dziedzictwo kulturowe. I pomimo iż uważają większość z nich za idiotyczne gusła nie mają odwagi przełamać zaklętego kręgu. Tego nie da się określić mianem religijności. Spychanie elementów niechcianego wyznania, z którym człowiek się rzekomo utożsamia, na margines życia, potęguje uczucie brnięcia w bagnie po pas z tendencją spadkową. Szacunek to coś, co można zdobyć i bardzo szybko stracić, i nie należy się on wyłącznie osobom starszym, a szczególnie takim, którzy nie potrafią uszanować nas samych i naszych poglądów, inności. Własna droga zawsze jest usłana cierniami, ale tylko martwe ryby płyną z prądem.

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 29 czerwiec 2014 19:59

Religia w przedszkolu cz 2. Złota łódź

 

Jesteś, lub niedługo zostaniesz rodzicem. Nie zaliczasz się do osób wierzących. W każdym razie nie do mocno wierzących. Być może Twoja wiara jest jak morska fala – przychodzi i odchodzi – zależnie od potrzeb. Być może nie potrzebujesz pośredników w sukienkach, by rozważać dogmaty wiary. W każdym razie, jako, że nauka to potęgi klucz, kiedyś nadejdzie taki czas, że poślesz swoje dziecko do placówki edukacyjnej. Niestety, wśród wielu przedmiotów poszerzających wiedzę i umiejętności Twojego dziecka, znajduje się też przedmiot mający na celu pogrążenie Twojej pociechy w całkowitej ciemnocie. Tym przedmiotem jest oczywiście religia w wydaniu propagatorów Jedynej Słusznej Katolickiej Wiary. Przed Tobą położono czysty blankiet Oświadczenia rodziców w sprawie uczęszczania ich dziecka na lekcje religii rzymsko-katolickiej. Jeśli jesteś katolikiem okresowo wierzącym, czyli takim, który od czasu do czasu pojawi się w kościele z racji jakiegoś święta lub uroczystości, to raczej nie będziesz miał problemów z decyzją. Podpiszesz szybko i łatwo, by mieć spokój i sprawę z głowy, po czym spokojnie zasiądziesz z sześciopakiem piwa przed meczem w TV. Jeśli pomyślisz chociaż ułamek sekundy na ten temat, to Twoja konformistyczna natura szybko da Ci właściwą odpowiedź: „przecież dziecku się to przyda, jak potem weźmie ślub kościelny?”.

Problem pojawia się w sytuacji, w której masz wątpliwości. Rozważasz nad zagadnieniami wiary oraz nad całą kościelno-marketingową otoczką i dostrzegasz brak spójności pomiędzy tym, co katabasi głoszą, a tym, co robią. Pytasz zatem: jak mogę najważniejszą dla siebie istotę oddać komuś takiemu pod opiekę? Jak mogę pozwolić, by tego typu osoby dokonały całkowitego spustoszenia w umyśle mojego dziecka? Odpowiedź jest oczywista: nie mogę na to pozwolić! Ale, jak zwykle jest jakieś „ale”. Zapewne rówieśnicy odwrócą się od mojego dziecka. Nauczyciele będą traktować go jak kogoś gorszego. Doświadczy ostracyzmu, katolskiej nagonki. Czy mam to zafundować swojemu dziecku?

Scenariusz A: Podpisujesz zgodę, Twoja pociecha dostaje się w łapy Dealerów „Zbawienia”.

Katabasi fundują Twojemu dziecku podróż w czasie. Do średniowiecza. Niestety, w jedną stronę. Jest w stanie modlić się do skarpety Jana Pawła II, na wieki wieków będzie służyło Dealerom „Zbawienia” duszą i ciałem. Chociaż na innych lekcjach uczy się o ewolucji, traktuje to w kategorii herezji wierząc jedynie w stworzenie. Wszystko, czego nie przekazuje mu sukienkowa brać, to twór szatana z którym trzeba bezwzględnie walczyć. W domu natomiast posiada niewierzących rodziców. Grzeszników, którzy jego poczęli i aktualnie windą zmierzają wprost do piekła. Opowiadają dowcipy o księżach i Jezusie, wyśmiewają się z pobożnego sąsiada przyjmującego obraz, w kościele się nie pojawiają, a jeśli już posiadają krzyż, to zazwyczaj pozioma belka jest nieco niżej. Inny typ rodzica to typ konformisty, który udaje wierzącego, chodzi do kościoła na pokaz, a tak naprawdę usiłuje w ten sposób pozyskać przychylność otoczenia. W zaciszu domowym on również potępia rozpasanie kleru, nie posiada żadnych wartości moralnych i etycznych, wyznaje kult pieniądza, gardzi słabszym i łasi się do silniejszych. Nie modli się, nie kultywuje katolickich obyczajów, lub wybiera te, które są dla niego przyjemne, chociaż uparcie twierdzi, że jest inaczej. W obydwu przypadkach najgorsze, co może rodzic zafundować swojemu dziecku to brak rozmów. Jeśli nie nakreślisz swojej latorośli podłoża swojej ideologii i motywów swojego postępowania, nie zapewnisz mu właściwego oparcia. Dziecko będzie dorastało w poczuciu wiecznej huśtawki typu kościół-dom. Jeśli nie wytłumaczysz mu, że ludzie są różni, wyznają różne systemy wartości, doskonale zrobi to za Ciebie Dealer „Zbawienia”. Oczywiście zrobi to stronniczo i wskaże jeden, „właściwy” kierunek: kościół katolski jest „cacy”, reszta jest „be”. W następstwie tego Twoje dziecko albo przejmie pogardę dla swoich rodziców, albo jego psychika pozostanie w wiecznym rozdarciu, bo z czasem rodzice uznają za swoją klęskę wychowawczą fakt, że ich dziecko utożsamia się z ciemnotą kultywując jakiegoś rodzaju gusła.

Scenariusz B: Blankiet oświadczenia ląduje w koszu.

W szkole idealnej zarówno dzieci, jak i nauczyciele są dla niego tolerancyjni. Nie ma wyśmiewania, alienacji, są rozmowy konfrontujące różne punkty widzenia. Jest szacunek i zrozumienie dla drugiego człowieka wyznającego inny system wartości. Niestety ideałów ponoć nie ma, zatem Twoje dziecko doświadczy odrzucenia, i musisz je na to przygotować. Być może trafi na fanatyczną dyrekcję, która dopuści w szkole mszę, drogę krzyżową i wyśle dzieci w godzinach nauki do kościoła celem adorowania kawałka płaszcza Jana Pawła II. Być może Pani Wychowawczyni lub inny nauczyciel w trosce o swój wizerunek osobnika Uzależnionego od „Zbawienia” da do zrozumienia Twojemu dziecku, że jest gorsze. Być może dzieci będące pod wpływem „Uzależnienia” zwyczajnie wyśmieją Twoje dziecko. Być może dzieci które wyznają drogę konformizmu nazwą Twoje dziecko frajerem, bo nie odklepało kilku zdrowasiek w zamian za prezenty. Być może Dealerzy „Zbawienia” będą nim, czyli złem wcielonym straszyć jego kolegów na katechezie. Być może uszanowana zostanie jego zdolność do obrony własnych poglądów. Być może będzie przykładem dla innych wahających się. Za to na pewno nie będzie miało zawężonego sposobu postrzegania świata. Rozmawiaj z dzieckiem, pobudzaj jego myślenie do wyciągania własnych wniosków. Przedstawiaj różne punkty widzenia i różne systemy wartości. To w tobie przede wszystkim ma mieć oparcie.

Czy zatem większą krzywdę wyrządzisz dziecku posyłając czy nie posyłając go na religię? Czy lepiej, żeby coś zabolało krótko,ale dość mocno, czy bolało słabiej, ale za to przez całe życie? Czy lepsza jest odporność będąca następstwem doświadczeń, czy wieczne otumanienie i poczucie rozdarcia? Czy pozwolisz swoje dziecko zranić, by było silniejsze, czy wolisz, by zostało przybite do krzyża obłudy na Golgocie chciwości? Takich pytań nie zadają sobie Uzależnieni od „Zbawienia”. Uważają, że ratują swoje dziecko wsadzając je do łodzi ze złota, która bezpiecznie ma przewieźć ich pociechę na drugą stronę morza ekskrementów. Problem tylko w tym, że po niewielkim czasie okazuje się, że rzekome złoto, to tylko tandetna farba, która odpada, a dodatkowo łódź przecieka...

 

 

wtorek, 19 listopad 2013 09:52

Stringi ze złota i cierniowa korona

 

Oj dawno mnie tutaj nie było, bo praca zgnębiła i życie dopiekło. Czasu brak, a głowa pełna myśli i pytań, które wreszcie doczekały się swoich pięciu minut przy klawiaturze...

Obecnie przygotowuję się do ślubu (a tak, mój luby się określił, ja entuzjastycznie się zgodziłam i zaczęliśmy ten paranoiczny taniec z władzami kościoła, na który decydują się młodzi i zakochani idealiści), który przyczynił się już teraz do licznych stresów u mnie i u narzeczonego. Myśleliśmy naiwnie że to prosta sprawa, że "po kosztach" polecimy i zrobimy sobie skromny obiadek dla najbliższych, a dla przyjaciół na drugi dzień ognisko z kiełbaskami i kaszanką. Mieliśmy pomysł na oszczędność, poprosiliśmy znajomych żeby zamiast prezentów i badyli flaszkę przynieśli na imprezę (głupia wódka potrafi strasznie przenicować kieszenie), zamiast sali wypasionej remizę za 200 zł wynajęliśmy, zamiast strojenia kościoła i sali postanowiliśmy pożyczyć od kolegi serducha z organzy na brystolu, żeby je najzwyczajniej w świecie powiesić za krzesłami dla młodych, a zaproszenia sami projektujemy i wycinamy, tak żeby nawet to 100 zł zredukować do 20 zł. Wszystko cacy, oszczędność nasza rośnie do epickich rozmiarów, wszyscy pozytywnie zaskoczeni pomysłem na ognisko....i tylko jedna osoba patrzy na nas krzywo.

Kiedy postanowiliśmy się zainteresować bardziej merytorycznie całą ceremonią zaślubin okazało się, że nie jest to już taka prosta do cięć kosztów sprawa. Są jednak rzeczy, za które trzeba słono zapłacić, żeby nie stracić przypadkiem nawet na chwilę świadomości, jak ważną i CENNĄ ceremonię mamy przed sobą. Kto to przeszedł, już dobrze rozumie, co mam na myśli. Otóż ksiądz za samo wywieszenie kartki wyrwanej z zeszyty i wypisanej odręcznie niemalże na kolanie, bierze jakieś 150-200 zł. To sławetne "zapowiedzi", które są warunkiem koniecznym, żeby móc wziąć ślub. Kolejne koszta to opłata dla księdza za zaszczyt udzielenia przez niego ślubu, który to kosztuje około 700-800 zł (wiem, że w każdej miejscowości jest nieco inaczej, ale w mojej tak właśnie plasują się te ceny). Kościelny też swoją dolę ma dostać, czyli jakieś 100-150 zł, bo przecież zapalenie świateł w kościele i obejście wszystkich uczestników z koszyczkiem na ofiary to ciężka i niewdzięczna praca! Jeszcze jeden koszt, o którym nie można zapomnieć to opłata dla organisty, który swoim rzewnym pianiem będzie skutecznie odstraszać wrony z dzwonnicy i nieproszonych uczestników uroczystości (potencjalnych absztyfikantów panny młodej, lub fanek pana młodego). To kolejne 100 zł, które wyszarpać sobie należy ze swojej krwawicy, bo takie są reguły tej gry. Kasa idzie więc do księżej kieszeni całkiem konkretna, a my z duszą na ramieniu wypatrujemy kolejnych kosztów. Aż korci człowieka, żeby palnąć że przecież papież prosił i apelował, żeby za sakramenty nie pobierać opłat, bo to przecież kościół jest dla człowieka, a nie na odwrót. Aż kusi żeby nagrać dziada na dyktafon, jak odpowiada na taki pomysł i jak się odnosi do słów swojego głównego przełożonego (którego słowa powinny być dla niego świętością).

Niesmak i rozgoryczenie - oto co czują przyszli małżonkowie, zamiast radości i ekscytacji, że już wkrótce przed nimi niezapomniane ( i jedne z najważniejszych w życiu ) chwile. Ksiądz zaciera rączki, bo kasa konkretna za godzinkę zwykłej roboty, a młodzi skubią złotówki żeby uzbierać na coś, co im się należy za darmo. Chcąc uniknąć takiego czyszczenia kieszeni postanowiliśmy więc z narzeczonym przenieść ceremonię do pobliskiego klasztoru, w którym braciszkowie biorą "co łaska", a jeżeli Młodych nie stać nawet na tyle, to z radością udzielą sakramentu za darmo, bo to dla nich radość, że ktoś chce żyć "po bożemu", zgodnie z zasadami swojej wiary. Niestety proboszczowi z rodzimej parafii to nie w smak, więc i tak trzeba mu będzie zabulić za zapowiedzi (przypominam 200 zł za kartkę wyrwaną z zeszytu, powieszoną na tablicy przed kościołem) i za pozwolenie na ceremonię poza rodzimą parafią (kolejna kartka za jakieś 300 zł). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że pan ksiądz nie musi się spowiadać ze swoich zarobków ani swoim przełożonym, ani pracownikom urzędu podatkowego, ponieważ to przecież kwoty "co łaska", nie ma on obowiązku prowadzenia kasy fiskalnej i nie obowiązują go też stałe opłaty, które byłyby takie same w całej Polsce. Tak więc szlag mnie trafia, bo ksiądz proboszcz jeździ landroverem (czy jak się tam nazywa to wielgachne, błyszczące cacuszko którym się rozbija po naszym miasteczku), na szyi nosi złoty łańcuch grubości obroży dla pitbula, a na nosie letnią porą pysznią mu się ciemne okulary z dyskretnym znaczkiem CK na oprawce. A my z narzeczonym? najczęściej chodzimy na nogach, bo auto to stary polonez w moim wieku, który wiecznie się psuje, nasz ulubiony butik to magazyn odzieży używanej a biżuteria to ten pierścionek zaręczynowy, którego koszt to jedno ogniwo w łańcuchu księdza.

Żalić się mogłabym jeszcze długo, ale wiem że nie ma sensu, bo to stary jak nasza wiara system, który mia więcej fanatycznych zwolenników niż rozsądnych przeciwników. Wiem również, że w momencie kiedy spróbuję stawić temu opór i głośno zaprotestuję przeciw płaceniu za swoją wiarę haraczu, to cała masa moherów i czarnych pognębi mnie i przeklnie, bo przecież "kościół za coś musi się utrzymywać", a jeżeli chcę brać ślub, to muszę za to zapłacić. Narzeczony blednie coraz bardziej, a mi skacze ciśnienie krwi, dzięki czemu wyglądamy już jak nasza narodowa flaga, pod którą dzieją się takie dziwy i cuda, że nawet papieżowi Franciszkowi się nie śniły podobne.

O kolejnych przeszkodach i przeżyciach, które spotykają przyszłych Państwa Młodych, będę pisać na bieżąco.

 

Dział: Co łaska
poniedziałek, 11 listopad 2013 23:51

Nigdy się nie przyznawaj

 

Znajdą ci 9-latka w twoim łóżku, mów, że cię chciał zgwałcić. Przedstawią ci potwierdzenie ojcostwa dziecka nieletniej, mów, że to nie twoje DNA. A jak cię złapią za rękę na masturbowaniu ministranta, mów, że to nie twoja ręka. Nigdy się nie przyznawaj.

Kolejny po ArcyLapsusie przedstawiciel Dealerów „Zbawienia”, niejaki (s)ex-Rektor PEDOminikanin brutalnie złamał powyższą niepisaną, ale przestrzeganą maksymę. Specjalista od życia intymnego 10-latków stwierdził mianowicie, że przypadki, gdy „dzieci same wchodziły do łóżek dorosłych chcąc być spełnionym” nie są mu obce. Uważa on mianowicie, że dzieci z rodzin niepełnych, w których brakuje ojca będą lgnęły do mężczyzn. Jest to element sprytnie skonstruowanej linii obrony. Oczywistym jest fakt, że dzieci pozbawione męskiego wzorca w postaci ojca będą próbowały taki wzorzec znaleźć. Katabasi zatem celowo wyszukują ten właśnie typ dzieci, bo sprytnie dzieckiem manipulując, mogą łatwo wejść w rolę takiego wzorca, a dodatkowo istnieje niemal 100% pewność, że ojciec nie przyjdzie pewnego dnia na plebanię i nie rozwali Dealerowi „Zbawienia” łepetyny na kościelnych schodach. Katabas nigdy nie podejmie przypadkowego kontaktu seksualnego z dzieckiem; najpierw dokładnie „rozpozna obiekt”, i wybierze ten najbardziej pozbawiony wsparcia ze strony najbliższych. Dziecko, które nie zaznało rodzinnego ciepła, ma wiele niezaspokojonych potrzeb. Gdzieś w głębi duszy, obok potrzeby zaznania zwykłej słownej pochwały, wyrazu uznania, będzie marzyło o przytuleniu, pogłaskaniu po głowie, ojcowskiemu klepnięciu w plecy, ręce bliskiej osoby na swoim ranieniu. Nigdy jednak nie będzie dążyło do obcowania płciowego z dorosłym. Katabasi uzurpujący sobie odwieczne prawo do współżycia z dziećmi traktują te zachowania jako element gry wstępnej. Puszczają wodze fantazji, gdy zdarzy się, że mniejsze dziecko będzie chciało się przytulić – przecież jego usta znajdują się na wysokości Dealerskich klejnotów. Dziecko nie ucieka przez „niewinnym” pocałunkiem starego obleśnego, śliniącego się plebana, znaczy, że „ma chęć na więcej”. Dziecko klęczące przed katabasem który wkłada w jego usta hostię, samo prosi się, by włożyć mu w usta ciało inne niż chrystusowe. Dla niektórych dzieci potrzeba spania z dorosłą osobą, zazwyczaj matką, jest bardzo silna, ponieważ wzmacnia poczucie stabilizacji. Być może zdarzyło się w placówce wychowawczej, że któreś z dzieci potrzebowało zaspokojenia tej właśnie potrzeby. Dziecko zupełnie nie rozbudzone seksualnie, opierające swą relację z katabasem na olbrzymim do niego zaufaniu, zakradło się do Dealerskiego łóżka. Katabas zaś, miast postawić w tym momencie wyraźną granicę w relacjach, zabrał dziecku jego ufność i niewinność, wykonując dożywocie na jego psychice. Przecież sam fakt sforsowania otwartych drzwi do pokoju i wskoczenia do łóżka oznaczał, że dziecko błagało o inicjację, a posługę trzeba pełnić w dzień i w nocy.

Istnieje jeszcze druga grupa dzieci; są to dzieci, które doświadczyły „złego dotyku”. W tej grupie są takie, które wychowywały się w rodzinach patologicznych, i od małego były przystosowywane do seksualnego zaspokajania dorosłych. Dzieci zmuszane do prostytucji, lub prostytuujące się, by przeżyć, a zatem wychowane w przeświadczeniu, że seks jest towarem, a który można coś otrzymać. Seks w placówkach wychowawczych jest rzeczą powszechną – jeśli nie jest towarem, to jest formą najtańszej rozrywki. Mogło się zatem zdarzyć, że dziecko świadomie zakradło się do łoża katabasa chcąc ciałem zapłacić za jakiś przywilej lub rzecz, lub z chęci pozyskania „haka” na wspomnianego przedstawiciela sukienkowej braci. Inne dziecko mogło chcieć wkupić się w Dealerskie łaski, a z domu wyniosło znajomość tylko takiej formy. Katabas oczywiście również i w tych przypadkach nie postawił żadnej granicy w relacjach. Być może dlatego, że sam nie posiadał dzieci, zatem trudno było się mu zdobyć na empatię, gdy jego mniejsza główka doszła do głosu. Być może właśnie dlatego, że chociaż posiadał swoje dzieci, hołdował zasadzie, że „swoje się kocha, a cudze się pier..i”.

Chrońmy nasze dzieci przed zboczeńcami przebranymi w czarne sukienki. Grają na nosie Uzależnionym od „Zbawienia” już nie tylko zza ołtarzy, ale również w środkach masowego przekazu. Zasłaniając się tajemnica spowiedzi, pielęgnują w sobie poczucie istnienia ponad prawem.

 

Dział: Polak, KATOLik
Strona 1 z 3
Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank

Kalendarz

« Wrzesień 2017 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Odwiedź koniecznie:

Użytkownicy

Statystyki odwiedzin

5416400
Dzisiaj
Wczoraj
Ten tydzień
Ostatni tydzień
Ten miesiąc
Ostatni miesiąc
Wszystkie
8580
19303
8580
5261573
500307
676145
5416400

Twoje IP: 54.198.165.74
2017-09-24 10:32:42