piątek, 28 czerwiec 2013 14:11

Zdobywanie leveli

 

O pierwszej komunii świętej już całkiem sporo pisałam. Temat rzeka, można by powiedzieć! Czy uważacie, że wyczerpałam go w wystarczającym stopniu? Bo ja myślę, że jeszcze nie. Po zmieszczeniu kilku zdań z mojego ostatniego wpisu na kilku forach ze zgrozą odkryłam, że internauci bardzo często zarzucają mi fatalny sposób wychowywania własnych dzieci (sic! Przecież ja ich nie mam!) i że to wyłączna wina takich rodziców jak ja, że dzieciaki dzisiaj są takie płytkie i materialistyczne. Mało kto przyznaje, że jakaś część winy leży po stronie kleru. Jak się okazuje, ksiądz w Polsce nadal stanowi jakąś siłę wyższą, zesłaną nam tutaj przez samego Boga po to, aby strzegł naszej moralności i dobrego prowadzenia się, oraz żeby chronił nas przez zbytnio wybujałą autonomią. Nie rozumiem tylko przy tym wszystkim – i tych zarzutach w stosunku do mnie i przy ślepym zaufaniu dla facetów w czerni – dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na tezę, którą wysnułam niejednokrotnie w moich tekstach. Ludzie powinni się decydować na przyjęcie wiary – jakakolwiek by ona nie była – dopiero w wieku przynajmniej tych 18 lat! Skoro musimy być pełnoletni aby spożywać alkohol, to czy nie powinniśmy być również pełnoletni przy wyborze tak istotnej dla naszego życia decyzji?! Przeciwników tego rodzaju idei jest ogromna rzesza, a ja nawet wiem dlaczego. Gdyby ludzie mogli samodzielnie i dobrowolnie wstępować do kościoła to okazało by się, że osób wierzących w naszym kraju jest tyle co Chińczyków – czyli nieco mniej niż przyjmuje się obecnie. Naturalnie zawsze występowałaby grupa, która przyjmowałaby chrzest i kolejne po nim sakramenty tylko dla „świętego spokoju”, żeby rodzina się nie czepiała, ale nadal byłaby to mniejsza „drużyna” niż obecnie. Po co ludzie dzisiaj uczestniczą w „zdobywaniu leweli”? Rozmawiałam z grupą 13-to latków, którzy już jakiś czas temu przeżyli swoją pierwszą komunię. Oto, co uzyskałam z tej rozmowy:

JA: Pamiętasz swoją komunię?

13-latkowie (ich odpowiedzi pokrywały się ze sobą do tego stopnia, że postanowiłam zbudować z nich jeden dialog, ale nie zmienia to faktu że rozmów było około 6-7): No coś tam pamiętam. Fajnie było, bo dostałem/łam....(w tym momencie wysłuchiwałam listy prezentów, zakodowanej w łepetynce dzieciaka jak mantra)

JA: A coś poza prezentami pamiętasz? Pamiętasz czego się uczyłeś i o czym się dowiedziałeś?

13-ki: Niee, już nie. No może „Ojcze nasz”, ale niecałe.

JA: A sens ogólny komunii? Pamiętasz po co ci to było?

13-ki: No że do kościoła mnie przyjmują i że teraz do komunii mogę chodzić

JA: No a co sam myślisz o komunii? Potrzebne ci to było?

13-ki: W sumie to nie. Fajne prezenty dostałem/łam i kasy sporo. Ale komunia to nie wiem po co mi, i tak do kościoła nie chodzę.

JA: Jak to? Do spowiedzi i do komunii też nie?

13-ki: Nie. Nie mam czasu. Rodzice też nie chodzą, to po co ja mam chodzić?

JA: Wierzysz w Boga?

13-ki: Trochę chyba wierzę. Nie zastanawiam się nad tym. Nie wiem po co mi religia.

Wynik mojej rozmowy nie był pocieszający. Potwierdziło się tylko to, co już wcześniej zakładałam: Przez fakt narzucania dzieciom jakiejkolwiek ideologii lub zasad, stają się one jedynie obojętnymi i bezmyślnymi owcami, które są bezużytecznymi zwierzętami, a nie inteligentnymi i wartościowymi dowodami na istnienie Pana. Ludzie wierzą dzisiaj w Boga jak te owce w elektrycznego pastucha: Czy ta wiara ma jakąkolwiek wartość i sens?

Przejdźmy dalej: wiemy już, że dzieciaki dzisiaj nie wierzą, albo nie zastanawiają się nawet, czy wierzą. Do komunii idą, bo chcą tego rodzice, dziadkowie i sąsiedzi, a poza tym mają z tego kasę i prezenty, więc dlaczego nie? Zastanówmy się zatem, jak wygląda ta wiara kilka lat później, kiedy przechodzimy do następnego „lewelu” wtajemniczenia. Następnym w kolejce do odbębnienia, bardzo ważnym rytuałem jest bierzmowanie. Sama je przeszłam i gdzieś na dnie szuflady mam papier potwierdzający, że otrzymałam to swoje trzecie imię i że Duch Święty mnie pobłogosławił, czy coś tam takiego. Szczerze? Nawet nie wiem po co przechodzi się bierzmowanie. Jedynym powodem jaki pamiętam to to, że będę mogła wziąć ślub i być matką chrzestną. Jeżeli natomiast chodzi o wartość duchową, którą sakrament bierzmowania powinien we mnie rozwinąć, to system znowu zawiódł. Rozmawiając z kolejną grupą, tyle że już ludzi prawie dorosłych i dorosłych zupełnie, odkryłam że nawet w okresie późniejszym nie jesteśmy jakoś w stanie za bardzo się zagłębić w duchowy aspekt naszej wiary. Do bierzmowania nadal podchodzi się po to, żeby mieć ten papier „w razie czego”, żeby nie było w przyszłości problemów z ślubami, chrzcinami i innymi bajerami. Jest to przykra konsekwencja wcześniejszego tresowania nas w wierze, a nie uczenia jej. W końcu czym skorupka za młodu....czyż nie?

 

 

Dział: Polak, KATOLik
niedziela, 02 czerwiec 2013 12:16

Pierwsza Komunia - relacja po...

 

Ponownie uderzam w temat Pierwszej Komunii. Jak już pisałam, sprawa z imprezami na tle religijnym jest dość drażliwa i tak naprawdę bezsensowna. Nikt już nie myśli o prawdziwym przesłaniu rytuału, nikt nie pamięta o wartościach, które on propaguje i już z pewnością nikt nie duma i nie medytuje nad świadomością religijną dzieciaczków zapędzanych do kościoła i przed ołtarz. Wcześniej ktoś mógłby mi zarzucić, że to tylko wyssane z mojego własnego, antyklerykalnego palca bzdury, bo przecież dzieciak poza zwyczajowymi, wypasionymi prezentami za kilka tysięcy złotych, dostaje również medalik i Pismo Święte, dzięki którym jakieś tam mgliste pojęcie o celu biby ma. No to przykro mi bardzo, bo sprawę zbadałam ponownie i kilka dzieciaków przepytałam, w celu zweryfikowania moich poglądów i przekonań. Niestety (tak! niestety! bo fakt ten wcale mnie nie cieszy, a jedynie swoją gorzką prawdą martwi!) okazało się, że miałam absolutną rację. Dzieci pytane o imprezę komunijną nie opowiadają o kościele, o mszy, o tym co ksiądz opowiadał i jak pierwszy opłatek smakował. Dzieci z przejęciem opisywały moc i wartość pieniężną swoich najnowszych komputerów, quadów, czasami jeszcze rowerów, tabletów, X-box'ów (czy jak to się tam nazywa) i paru innych elektro-gadżetów. Oczywiście mówiły mi również o grubości kopert, w których podarowano im bardziej praktyczny prezent w postaci banknotów. Jedna z koleżanek pożaliła mi się nawet na swojego synka, który w kościele już po pierwszej godzinie wypytywał z niecierpliwością, kiedy do domu wreszcie pójdą i imprezę zaczną, bo już prezentów nie może się doczekać. Opłatek dzieciak połknął z prędkością światła, prawie się dławiąc, bo tam laptop wymarzony już czekał! No a później, na dokładkę, zaraz od progu dzieciak poleciał do stosu kartek z życzeniami i gratulacjami, wygrzebał z nich całą gotówkę (wyrzucając pod łóżko nieprzeczytane nawet karty) i wsadził ją do jednej koperty, żeby móc polecieć do gości i pochwalić się, jaki „gruby prezent” dostał! Wiocha, powiadasz? No cóż... Ktoś tej „wiochy” dzieciaka nauczył, ktoś mu pozwolił myśleć, że komunia to nic innego, tylko festiwal „tłustych” prezentów i grubego portfela. Smutne to, ale jak najbardziej prawdziwe..... koleżanka wstydu się najadła, ale pocieszyłam ją, że ten sam scenariusz odbywał się tego dnia w każdym domu kolegów i koleżanek jej synka. Dzieciaki w szkole porównywały swoje łupy, podliczały jak doświadczeni księgowi wartość ogólną łupu każdego z nich i ustalały kogo należy pożałować, a komu zazdrościć. Tymczasem na moje pytanie, czy noszą swoje medaliki (bo zawsze któraś z babć albo cioć takowy dawała) i czy zajrzały do swojego nowiuśkiego Pisma Św. patrzyły na mnie jak na wariatkę z dwiema głowami i odpowiadały ze szczerym zdziwieniem: „A po co?”. To samo odpowiadały na moje kolejne pytanie: „Czy będziesz teraz chodzić do kościoła? Będziesz się modlić?”.... Więc teraz zadam pytanie Wam, moi drodzy obrońcy tradycji: jaką wartość dla Boga mają „wierni”, którzy żyją w swojej religii ze świadomością owiec biegnących całym stadem na rzeź ? Czy Boga naprawdę może cieszyć to, że kolejne pokolenia katolików nie różnią się niczym od bezmyślnego bydła na pastwisku? Czyż nie większą radość będzie mu dawać ktoś, kto dopiero jako dorosły człowiek, w pełni świadom swojej decyzji, zdecyduje się ochrzcić, podejść do pierwszej komunii i żyć według zasad danej religii? Czy też Bóg nie różni się już niczym od współczesnego człowieka, i woli „lecieć na ilość, olewając jakość” ??? Pomyślcie proszę o tym choć raz tak naprawdę głęboko i szczerze, zanim potępicie tych, którzy nie chcą aby ich dzieci były ofiarami skostniałej i bezmyślnej tradycji.

 

sobota, 25 maj 2013 21:11

Czarnym w czarne w Faktach i mitach

 

W numerze 21/2013 tygodnika Fakty i mity w rubryce Strefa laickiego rodzica prowadzonej przez Panią Oksanę Hałatyn-Burdę został zamieszczony obszerny fragment artykułu Komunia śnięta autorstwa Regisa. Za zgodą zamieszczamy skan w/w artykułu, zapraszamy do lektury.

Dział: Media
niedziela, 28 kwiecień 2013 12:43

Komunia Śnięta

Autor: Regis

Miałem wtedy zaledwie dziewięć lat, a do dzisiaj pamiętam, że następnego dnia będąc już w szkole, w poniedziałek, wszyscy w klasie z wypiekami na twarzy opowiadali o ilości zgarniętych prezentów i kasy.

Takie mam wspomnienia z uroczystości Pierwszej Komunii Świętej. Fakt pamiętam kilka innych, cenniejszych niż szeleszczący banknot, rzeczy z tego dnia, ale to zakłopotanie
z powodu średnich, jak na moją szkolną klasę „plonów” pamiętam doskonale - czułem się gorszy, niż inni.

Przytłaczający, żenujący i smutny wielce jest dla mnie fakt, iż z tak ważnych i podniosłych momentów w życiu młodego człowieka czyni się od lat wielu festiwale i szopki.

Złościłem się swego czasu na Giertycha i śmiałem za te mundurki, ale teraz myślę, że niegłupi to był pomysł, który również na każdej mszy Komunijnej obowiązkowo bym wcielił; skromne garniturki dla chłopców i niewyszukane sukieneczki dla dziewczynek. Cóż nam po tym odpustowym przepychu? Po tych stresujących „przygotowaniach” - kto, za kim i kiedy ma wejść do kościoła i w jakim tempie. A nie zawsze do końca zdaje sobie sprawę, co się tak naprawdę tego dnia dzieje w wymiarze duchowym, w wymiarze wiary.

Ale nie ma tego złego, smyki wycierpią miesiąc przygotowań do Komunii, potem jeszcze tylko „przydługawa” msza w błysku reflektorów, aparatów i kamer, a potem siup, na salę, do remizy, do stołu w salonie czy na podwórku i jedziemy: komórki, tablety, konsole, kompy, rowery i inne zdobycze nadmuchanej cywilizacji. Nic to, że w tym samym garniturze co roku na różnych imprezach się pokazujesz, Komunia rządzi się swoimi prawami i na bogato musi być!

Kanonem już niemal są cenne prezenty, a chrzestni to już w ogóle chyba muszą na czarnym rynku jakiś organ sprzedać, żeby obciachu nie było i bidy – „ciocia niedojada, ale ja mam quada”, „chrzestny nerkę opierdolił, laptopa mi kupił i już się nie boi .”

Całe szczęście, że czasem jakiś srebrny medalik od babci się dostanie, to może za jakiś czas wspomni się i inaczej pomyśli o tym „wyjątkowym” dniu.

Żeby nie było wątpliwości, samo dawanie prezentów nie jest niczym nagannym, lecz ranga, jaką im nadajemy i ten cały kontekst: bądź grzeczny w kościele, ładnie złóż rączki i nie rozglądaj się dookoła, to nie pożałujesz. Ucieka nam samo sedno sprawy – dla wypitki i zabawy. Wszystko, na co zwracamy uwagę tuczy nasze ciała, a nic nie ubogaca ducha.

Niemałe zdziwienie przeżyłem jakiś czas temu u fryzjera, kiedy to zasłyszałem jakież to przygotowania czekają dzielnych rodziców drugoklasistów; wynajem sali bankietowej, fryzjer, kosmetyczka, krawcowa, fotograf, kamerzysta. A wszystkich trza potem nakarmić, napoić, zabawić. A ile to roboty i zachodu, a po co to wszystko – złorzeczy zabiegana mama. Uff, toż to istna zaprawa przed ślubem i weselem dziecka.

Nie łudzę się już wcale, że coś zmienię, ba, sam wtłoczony pewnie zostanę swego czasu w ten nadmuchany balon, w ten szaleńczy bieg, istny korowód. Jak zachować zdrowy rozsądek i umiar? Boże, dopomóż!

I te narzekania, że biedna mama musi popylać z córką do kościoła na pierwszy piątek miesiąca, a w kościele zimno. I to księdza niewinne przekupstwo; jak zbierzecie, drogie dzieci, wszystkie obrazki, to będą wymierne (niekonieczne Boże) łaski.

A jeszcze moja córka – mówi pani u fryzjera – to musiała się tych wszystkich pacierzy na pamięć uczyć. No niesłychane, żeby tak katować biedne dzieci… Ale już niedługo sobie odbiją: „Bierz co chcesz, plazmę weź, bluraya też. Dvd, mp3, hdmi…”

A w ogóle ta cała ołtarzowa maskarada pań w futrach i „elegąckich” panów. Jak to pięknie co niedzielę - biją w kościele pokłony, a w domu dzieci i żony…

Oto ja, niegodny i grzeszny, wytykam źdźbło w Twoim oku, nie dostrzegając belki w swoim własnym…ale od czegoś wszak trzeba zacząć.

 

 

sobota, 20 kwiecień 2013 00:01

Pierwsza komunia cz 2 czyli Złoty Cielec

W 32 rozdziale Księgi Wyjścia mowa jest o Złotym Cielcu, którego to lud stworzył i zaczął wielbić pod nieobecność Mojżesza. Wystarczyło niespełna 40 dni, by ludzie stworzyli sobie nowy obiekt kultu, podczas gdy Mojżesz pertraktował przykazania na Górze Synaj. Cóż miał czynić biedaczyna? Walnął tablicami z 10 przykazań o glebę i rozprawił się ze Złotym Cielcem; starł go na proszek i nakazał narodowi spożyć ów proszek wraz z wodą. Nie było to chyba zbyt szczęśliwe rozwiązanie, bo złoty proszek wciąż tkwi w wiernych, a Kult Złotego Cielca wciąż jest obecny.

Jednym z koronnych przykładów Kultu jest Pierwsza Komunia Święta. Poniekąd to pierwszy sakrament przyjmowany w sposób świadomy, dowód uznania wiary w męczeństwo i śmierć Chrystusa. W praktyce sprowadza się on jednak do świadomego uznania wiary w Złotego Cielca. Dziecko w wieku 7-8 lat ma głęboko gdzieś kogoś przybitego gwoździami do drewna. Tępo powtarza, że nastąpiło to za nasze (a więc i jego) grzechy, ale nie czuje się winne (bo i czego?). Nie rozumiejąc do końca przenośni związanej z Eucharystią wyobraża sobie akt kanibalizmu, w którym musi uczestniczyć. Całość „nauki” wpojonej mu z racji obrządku powoduje senne koszmary i pogłębia strach przed instytucją, która mu ją usiłuje sprzedać.

No cóż, ale tak widać być musi, skoro rodzice są temu przychylni. Oni wiedzą przecież, co dla dziecka jest najważniejsze. Uważają, że dziecko w ten sposób zabezpieczy sobie Otwartą Drogę Do Nieba, a to przecież mu nie zaszkodzi, na wszelki wypadek, gdyby Starzec na Chmurze i Diabełki z Widełkami okazały się prawdą. Poklepmy zatem to i owo w budynku z krzyżykiem na wieży i hyc za bramę – oddać hołd Złotemu Cielcowi. A zatem przed dzieckiem seria nabożeństw do nowego quada, litanie do najświętszej konsoli, wyznawanie wiary przez najnowszy model smartfona, spowiedź na Fejsszmacie przy pomocy nowego laptopa. Odda też należne honory portretom Władców Polski, bo „wartość” każdego tego typu obrazka dawno już mu została przez rodziców wyłożona. Bliższa i dalsza rodzinka zaliczy katolskiego zgona na imprezie o randze weselicha i będzie można wziąć oddech aż do Bierzmowania.  

Dzieci są bacznymi obserwatorami. Z racji Komunii mają możliwość podejrzeć czołowych wyznawców Złotego Cielca. Widzą, że „wiara” się przede wszystkim opłaca w sensie materialnym. Czołowi gdzieś tam może i nawet wspominają o duchowym aspekcie tegoż obrządku, ale niezbyt głośno, by ktoś się czasem tym zbytnio nie przejął. Przecież za rok nadejdzie nowe pokolenie żądne komunijnego „offsetu”, a co za tym idzie – nastąpią wpływy do czarnych kieszonek. I statystyki będą wysokie. I szanse na sprzedaż „zbawienia” coraz większe…

 

 

piątek, 19 kwiecień 2013 16:33

Pierwsza Komunia

Feliks pogania mamę, żeby się pospieszyła bo zaraz zacznie się msza w kościele. Kaśka psioczy i marudzi, bo do tej pory do kościoła nie chodziła wcale, a teraz musi popylać z synem przynajmniej raz w tygodniu, wtedy kiedy babcia nie może. Na początku martwiła się, że Feliksowi tak modlitwy przypadły do gustu, że jeszcze umyśli sobie i zacznie chodzić co niedziela, a jak on to i ona – bo przecież samego nie puści, bo daleko. Na całe szczęście okazało się, że to ksiądz cwaniura za każą zaliczoną mszę daje obrazki, a kto uzbiera wszystkie, ten dostaje nagrodę. Czyli to zwykłe zawody są, a dzieciaki są zainteresowane tylko ową „nagrodą”. Skąd taki wniosek? A no sam Feliks podjarany kiedyś wypalił, że jeszcze trzy obrazki i wygra. Wypytywany przez rodzicieli wytłumaczył na czym zabawa polega i oboje z ulgą odetchnęli, że to nie religia a zwykły materializm dzieciaka ciągnie na to odmrażanie tyłka w kościelnych murach. Całą sprawa ma jednak większy zakres zasięgu: Feliks i jego rówieśnicy właśnie przygotowują się do pierwszej komunii świętej, czyli zwyczajowego zjedzenia pierwszego opłatka z ręki księdza. Rzecz cała ciągnie się już od kilku miesięcy i Kaśkę zaczyna szlag trafiać, bo to koszta są niesamowite, a ona z mężem ledwo na spłatę kredytu wyrabiają. No a tutaj ksiądz sobie zażyczył 50 zł na kwiaty do kościoła, 50 zł na różaniec i książeczkę (które na jarmarku koło Jasnej Góry chodzą po 10-12 zł), 70 zł na prezent dla proboszcza no i 5000 zł na poczet kościoła, ale to już łaskawie rozłożył na rodziców wszystkich „owieczek”, które mają dostąpić tej niezwykłej chwili „uduchowienia” (czyli wydojenia z kasy). Do tego jeszcze 100-200 zł na tzw. albę, w której dzieciak pójdzie na całą imprezę. Ogólny koszt: coś koło 400 zł, ale to przy sprzyjających wiatrach (to zależy ile krawcowa za albę sobie policzy i na ilu rodziców rozłoży się koszt „dobrowolnej darowizny na kościół”). Jednak to jeszcze nie wszystko moi mili! Bo przecież jeszcze impreza post-komunijna, która musi być huczna i wystawna jak wesele, bo inaczej to wstyd by był, obmowa rodzinna i potępienie w oczach sąsiadów. Powiedzmy, że to pochłonie kolejne 2000 zł, no może 3000 zł, bo jeszcze dzieciak prezentu się dopomina: a to komputer, albo skuterek, może X-BOX lub inny gadżet, który obecnie jest na topie – w sumie to cholera wie, czego te dzieciaki dzisiaj oczekują, ale myślę że za parę lat w normie będzie quad i willa na przedmieściach – w końcu życie porządnego chrześcijanina na odpowiednim poziomie należy zacząć! Myślę sobie o tym wszystkim i zastanawiam się, jaki to ma sens i czego te dzieciaki się uczą: modlitwy i swojej tożsamości religijnej czy zasad bankowości? Zbita z tropu zagadałam do Feliksa w te słowa:

 JA: a powiedz mi, co to znaczy że ktoś idzie do pierwszej komunii?

 F: no że Jezuska do serca się przyjmuje

 JA: czyli co?

 F: no nie wiem, ksiądz kiedyś mówił ale nie pamiętam-

 JA: to kiedy on ci to mówił?

 F: dwa miesiące temu? Nie wiem. Nie pamiętam

 JA: to co wy na tych próbach robicie i o czym gadacie?

 F: no jak kto ma stać, za kim iść, kto co czyta i piosenki ćwiczymy

 JA: to ksiądz nie przypomina wam cały czas i nie rozmawia z wami o znaczeniu pierwszej komunii?

 F: nie, a po co?

 JA: acha. A listę prezentów, które masz dostać pamiętasz?

 F: No jasne że tak! Telewizor, taką fajną grę co kosztuje chyba 500 zł, nowe meble, kasę i... (itd., itp.)

To tyle, moi mili, jeśli chodzi o wartości których uczy nas kościół. Już nawet księża nie udają, że tu o jakąś wiarę chodzi, czy o ogólnie duchowe wartości, jakieś uwznioślenia mistyczne prawie i zdobywanie wyższych stopni wtajemniczenia w cud boży. Na religii dzieciaki się nudzą, uczą się wyimaginowanych życiorysów świętych na zasadzie gombrowiczowskiej (słynne „Słowacki wielkim poetą był” przekłada się na „Jan Paweł II świętym był”) i później bardziej lub mniej świadomie wrastają w ten cały moher. Ktoś mógłby mnie w tym momencie oskarżyć o ateizm i o prześladowanie porządnych chrześcijan...a tu zonk, bo ja wierząca jestem i nie chodzi mi o to, żeby katolicyzmowi wsadzać kij do oka. Sama zostałam wychowana w powyższym modelu i do dzisiaj srogo ubolewam nad tym – bo nikt mnie nie uczył samodzielnego myślenia, nikt mi nie powiedział na czym moja religia polega tak naprawdę i nikt nie mówił prawdy o żywotach chrześcijańskich świętych. Z najmłodszych lat pamiętam tylko tyle, że rodzice zmuszali mnie do chodzenia do kościoła, katechetka mówiła o świętych, którzy byli już za życia jakby pół-aniołami, a ksiądz w kościele przez 15 minut mówił o potrzebie dawania na tacę i wymieniał nazwiska tych, którzy dali więcej niż inni (swoisty konkurs na siłę wiary, czy jak?!). Zapamiętałam więc tylko tyle, że w katolicyzmie najważniejsze to cotygodniowe przyjście na mszę i dawanie księdzu kasy, bo inaczej będziemy potępieni. Wspomniany przeze mnie wcześniej Feliks radzi sobie z tym systemem dużo lepiej. Idzie do kościoła wtedy, kiedy może coś za to dostać, a jeżeli fanta nie będzie, to się buntuje i olewa system. Mama Feliksa syna nie przymusza, bo żal jej tych złotówek, co to na tacę musiałaby rzucić, bo inaczej ludzie by na nią krzywo patrzyli. Ojciec Feliksa ma wszystko w dupie, bo ksiądz lepszą furą od niego jeździ i lepszy zegarek ma na ręku, więc jakoś trudno mu uwierzyć, że koleś na serio chce uczyć wiary i miłości. Wszyscy wiedzą o co chodzi, wszyscy przeliczają zawartość w portfelu statystycznego wiernego, ale nikt nie pada z prawdziwym przekonaniem czy pasją przed krucyfiksem na ścianie...ani ksiądz, ani tym bardziej parafianie. Ale nikt o tym nie mówi, bo to by zburzyło porządek, który powstał kilkaset lat temu. I biznes kręci się dalej.

 

 

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank

Kalendarz

« Listopad 2017 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Odwiedź koniecznie:

Użytkownicy

Statystyki odwiedzin

6571233
Dzisiaj
Wczoraj
Ten tydzień
Ostatni tydzień
Ten miesiąc
Ostatni miesiąc
Wszystkie
6928
19524
26452
6397119
399916
621608
6571233

Twoje IP: 54.80.146.251
2017-11-20 08:32:54