niedziela, 03 listopad 2013 22:43

Rachunek sumienia cz.2 Rozmowy o wierze

Napisał 
Oceń ten artykuł
(10 głosów)

 

Czy rozmowy o wierze powinny być częścią życia osób wierzących? Czy rozważania i przemyślenia aspektów wiary powinny znajdować swoje ujście? Czy życie w wierze powinno dostarczać wystarczająco dużo przeżyć, by móc się dzielić swoimi odczuciami z innymi?

Często spotykamy się z następującym zjawiskiem: osoba, najczęściej w jakiś sposób nam bliska, deklaruje się jako wierząca. Zaczynamy z nią rozmowę na temat wiary. Rozmowa ta nie ma bynajmniej na celu obalenia dogmatów wiary, które ta osoba pielęgnuje w sobie; chcemy je jedynie poznać. I tutaj scenariusze mogą być dwa. W pierwszym osoba zapytana o to, co sądzi o swoim kościele odpowiada mniej więcej tak: „no proboszcz zarządził zbiórkę po 300 zł na nowy dach kościoła, dach nadal nie odnowiony, ale on sam kupił córce nowy samochód”. Na pytanie o zagadnienia poruszane w kazaniu ostatniej niedzieli można usłyszeć „nie wiem, o czym było. Rozmyślałem/łam sobie o innych rzeczach”, albo „nie, kazań to ja nie słucham. Znowu o tej cholernej polityce coś tam zapodawał i namawiał na poparcie dla partii X”. Często zdarza się odpowiedź „nie, nie chodzę do kościoła. Wierzę w boga, ale nie wierzę w księży. Im chodzi tylko o pieniądze i władzę”. Ok, skoro rzekomo bóg jest wszędzie, to jak oddajesz mu hołd? Żyjesz według dziesięciorga przykazań? Przynajmniej wg pozostałych dziewięciu, skoro trzecie odpada już na wstępie? „No... niezupełnie..., właściwie.... to chyba raczej nie...” Modlisz się rano, wieczorem, czy o jakiejś dowolnej innej porze? „nie” Wierzysz w to, co jest zapisane w biblii? „Tak!” A czytałeś/łaś ją? „Nooooo.... nie...” I tak można by jeszcze długo wymieniać. Reasumując, przeciętny wierzący katolik, to osoba niewierząca. Ktoś, kto uważa, że miejsce na chmurce zapewni sobie samą obecnością w kościele, lub pustą słowną deklaracją. Ktoś, kto uważa, że żaden grzech niestraszny, skoro istnieje spowiedź i odpust. A może to ktoś, kto z premedytacją forsuje drogę milszej bogu duszy nawróconej?

Drugi scenariusz obnaża całkowite milczenie pytanej osoby. Częstokroć na dowolne pytanie reaguje ona złością, potrafi jedynie wycedzić przez zęby odpowiedź w stylu „nie będę z tobą o tym rozmawiać!”. No cóż, ponoć lepiej się nie odzywać i uchodzić za inteligentnego, niż otworzyć usta i rozwiać wszelakie wątpliwości. Co dzieje się po tamtej stronie? Czy nie ma tam nic, a obiekt wykonuje tylko kolejne etapy programu zainstalowanego dawno temu? Czy osoba zanegowała to, co wtłoczył jej kler, ale boi się ostracyzmu i decyduje na swoisty rodzaj konformizmu? Czy obawia się, że 2-3 celne pytania skutecznie zniszczą ostatni przyczółek ochraniający ziarno które upadło na skałę? Chce wierzyć, bo „trzeba w coś wierzyć”, bo perspektywa wiecznego pląsania na chmurce nadaje sens codziennemu dreptaniu w kieracie, a „od myślenia to tylko głowa boli”? Czy też może codziennie przeżywają dramat niemocy, bezsilności, bo dawno już im minęło otumanienie, ale tkwią w swojej skorupie niczym ślimaki w oczekiwaniu na właściwy bodziec? Zatem, jak mówią dzieci, „ślimak, ślimak, pokaż rogi...”

 

Czytany 4902 razy Ostatnio zmieniany piątek, 12 sierpień 2016 23:34

4 komentarzy

  • Link do komentarza Lisa wtorek, 19 lipiec 2016 04:48 napisane przez Lisa

    Lepsze dobre zło, niż złe dobro.

    Ludzie zatracają się i myślą, że "przecież każdy tak robi, "to jest normalne, "to jest r z e c z l u d z k a" i w międzyczasie przechodzą obojętnie widząc wyrządzane otoczeniu krzywdy. Ale jak zobaczą, że zachowujesz się inaczej, że wyglądasz inaczej, po prostu odstajesz od "standardów" to nie mogą zdusić w sobie tych wielkich emocji. A podjęcie tematu wiary jest jednym z zapalników.

    Zindoktrynowany umysł nie jest w stanie przyjąć do wiadomości innej wersji niż tą, którą poznał wcześniej. Jednocześnie będzie myślał, że jesteś złym człowiekiem jedynie z powodu odmiennych poglądów(może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że myśli tak tylko dlatego). Jest tak zaślepiony, że nie dostrzega swoich błędów, czy też nie uważa ich za istotne, a przede wszystkim nie zauważa, że mimo wszystko potrafisz być lepszym człowiekiem niż wszyscy których spotkał.

    Żyjesz na swój sposób, z szacunkiem dla każdej istoty żywej. Nie dlatego, że ktoś ci kazał, nie dlatego, że jakiś nadrzędny byt cię obserwuje, sam do tego doszedłeś - a jak sam na coś wpadniesz, to jest to dla ciebie podświadomie ważniejsze niż wszystko inne co zostało ci podane na tacy.

    Gdzie jest ten szacunek? Czy dbanie o swój nienaganny wizerunek i beztroskie życie zostawiły gdzieś na niego miejsce?

    Osobiście czuję duży respekt wobec tych, którzy nie udają, że w coś wierzą i pokazują jak naprawdę dobrze żyje się według tych moralnych zasad ustalonych tysiąclecia temu, a jednocześnie przekazują to dobro także tobie, czyli temu, który żyje trochę inaczej niż oni.
    Niestety spotkałam takich osób skrajnie mało.

  • Link do komentarza ded środa, 25 marzec 2015 12:35 napisane przez ded

    dlaczego wierzacy reaguje agresywnymi odzywakami na wszelkie pytania o jego wiare to dosyć proste. nauczony został, ze jezeli ktos pyta o jego wiare to pewnie dlatego, ze jest albo innowiercą, albo niewierzącym i zapewne temat rozpoczyna jako atak, agresja tu jest oczywista, najlepsza obrona jest atak, ale wydaje mi sie, ze jest to bardziej skomplikowane. wiara dla nich to jest taka ciepła kołderka, ich uporządkowany swiat, ktorego beda bronic zaciekle, krew przeleją. w nim czują się najlepiej. nawet jak okazac sie moze inne swiaty sa zdecydowanie lepsze, ale nie znane i tego sie boja.

  • Link do komentarza iron_logic wtorek, 04 luty 2014 10:22 napisane przez iron_logic

    Kościół katolicki dobrze wie co robi piorąc mózgi ludziom już od małego dziecka. Ja przez kilka lat (do 14 roku życia) byłem wysyłany na religię do kościoła (nie było jej w szkole) ale było to dla mnie traumatyczne przeżycie (jakieś transparenty z jednym okiem i napis "bóg na ciebie patrzy"), salka katechetyczna z klimatem jak z XIX wieku i ponure siostrzyczki prowadzące te ponure zajęcia. Jak miałem 14 lat zainteresowałem się astronomią i kompletnie mi się nie chciało zgodzić to czego się dowiadywałem o wszechświecie z tym co gadali na religii. Ponieważ to były zajęcia nieobowiązkowe i nie miałem jakiejś presji społecznej (oprócz gorliwie wierzącej babci) zrezygnowałem z chodzenia na religię i stopniowo, przez kilka lat odchodziłem od kk (jednak to co wdrukowują nam w mózgu jak mamy te 8-9 lat ma ogromne znaczenie w naszej podświadomości. Dziś po 25 latach od zmiany ustroju kk okopał się na swoich pozycjach bardzo silnie poprzez "nieobowiązkową" naukę religii w szkołach. Nie widzimy tego jeszcze na codzień ale w ciągu najbliższych 20-30 lat w życie wejdzie pokolenie osób z mózgami przemielonymi na religii w szkole, niby się wszyscy gdzieś tam z tego śmieją, ale fakty są takie że podświadomość ludzi jest zryta dziecięcym strachem przed bogiem i nawet jeżeli jako dorosłemu coś nie pasuje w tej układance - wszechświat, ewolucja, dopasowanie naturalne ... adam i ewa, piekło, grzech pierworodny ... ops. to pranie mózgu jako dziecko powoduje że taki dorosły wypiera myślenie które mogło by spowodować że trzeba by zadać sobie niewygodne pytania i skonfrontować się z niewygodną prawdą. Dlatego kk jak lew będzie walczył o religię w szkole bo jak tylko zasieje strach w sercach dzieci to ma nieustające źródło utrzymania jak tylko te dzieci dorosną. I biznes się kręci. A swoją politykę wobec państwa realizuje przez zindokrynowanych agentów takich jak dziś wiceminister Królikowski a wcześniej premier Suchocka, która "za pięć dwunasta" odchodząc podpisała tzw. konkordat z feudalnym państwem Watykan z regułami rodem z ciemnego średniowiecza. Niestety w Polsce wpływy tej obcej nam instytucji są przeogromne i niestety ale szybko się to nie zmieni, pomimo tego że wiedza o świecie jest dostępna dziś tak łatwo w Internecie. Właśnie praniem mózgu dzieciom kościół uodparnia je na logiczne argumenty później, stąd nie ma dyskusji z takimi osobami.

  • Link do komentarza haniafly czwartek, 21 listopad 2013 23:57 napisane przez haniafly

    Mój Ojciec spędził na Syberii wczesną młodość, tam wiara była skutecznie wybijana dzieciom z głowy, a na dodatek Tato przeżył tam śmierć ukochanej matki a potem makabryczne wydarzenie związane z jej pogrzebem. Lata powojennego zamordyzmu dopełniły reszty i Ojciec całkowicie przestał wierzyć i praktykować a ślub kościelny z moją Mamą wziął tylko dlatego, że ona tego chciała. Mimo to mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że mój Tato żyje w zgodzie z Dekalogiem lepiej od niejednego praktykującego katolika - uczciwy do bólu, nigdy nikogo nie skrzywdził, nie donosił, nie sięgał po cudzą własność, starał się w miarę możliwości pomagać innym ludziom w potrzebie.
    Ja natomiast zostałam kiedyś okradziona z pieniędzy w takim bardzo katolickim domu, obwieszonym świętymi obrazkami.
    W świetle powyższego mam dylemat czy lepsi są tacy jak mój Tato czy tacy, którzy przestrzegają III-go przykazania a z pozostałymi mają niejako "pod górkę"?

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank

Kalendarz

« Maj 2017 »
Pn Wt Śr Czw Pt Sb Nie
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Odwiedź koniecznie:

Użytkownicy

Statystyki odwiedzin

2890684
Dzisiaj
Wczoraj
Ten tydzień
Ostatni tydzień
Ten miesiąc
Ostatni miesiąc
Wszystkie
5427
21131
26558
2713149
639910
652582
2890684

Twoje IP: 54.161.77.58
2017-05-29 05:58:38